Menu

Zawiesina

każdy może, prawda, krytykować...

Aktor! Aktor!

zawiesina

Aktorem stajesz się dopiero po spektaklu, gdy dostajesz oklaski za zadanie, które wykonałeś, za ożywienie na scenie papierowej postaci. Gajos, Zapasiewicz, Krzysztof Majchrzak, Globisz to artyści.
(Eryk Lubos)

W Polsce, za sprawą beztroskiej działalności mediów, przyjęło się uważać, że aktor jako taki z definicji należy do elity i jest kimś wystającym dość wysoko ponad przeciętność masy. A jak jeszcze ten aktor, oprócz w telenowelach, udziela się też na deskach teatru, to już w ogóle jest autorytetem jak ta lala. Wywiad z zafrasowanym aktorem, który stawia niezwykle trafne diagnozy o Polsce - to już jest w naszym kraju osobny gatunek dziennikarski, obecny po obu stronach polityczno-medialnej barykady. Niedawno postanowił go udoskonalić tygodnik Newsweek, publikując wywiad z czwórką zafrasowanych aktorów mówiących na raz. Dowiedzieliśmy się z niego, że żydowskie dzieci w czasie okupacji jeździły tramwajami, a PiS to narodowcy. Czyż zatem nie warto wgłębiać się w te teksty, skoro można w nich odnaleźć zupełnie nowe doktryny historiozoficzne i politologiczne?

Otaczanie nimbem i przypisywanie specjalnych przymiotów grupie zawodowej, która żyje z gadania cudzym tekstem, ma również sprawiać wrażenie, że to, co dotyczy ich w skali mikro, znajduje swoje odzwierciedlenie w ogóle społeczeństwa. W teatrze nastąpiła taka oto sytuacja, że jeden wariat ubóstwiający Jaruzelskiego pokłócił się z drugą wariatką ubóstwiającą Kaczyńskiego, przez co prace nad przygotowywaną premierą zostały przerwane. Próbuje się nas przekonać, że w tej sytuacji jak w soczewce skupia się przechodzący przez Polskę podział. Tymczasem z analizy codzienności wynika, że stale stykamy się z ludźmi, z którymi kategorycznie różnimy się poglądami politycznymi - w pracy, na studiach, w rodzinie, w grupie przyjaciół. I nie tylko potrafimy o tym rozmawiać w sposób cywilizowany, ale przede wszystkim potrafimy rozmawiać na inne tematy. Najwyraźniej większość z nas stoi na wyższym poziomie intelektualnym niż Anna Chodakowska i Daniel Olbrychski. Co mnie jakoś specjalnie nie zdumiewa...

Warto zauważyć, że szczególną aktywność wśród aktorów frasobliwych wykazują ci, którym do wybitności aktorskiej daleko (czwórka z Newsweeka) lub tacy, o wybitności których zdążyliśmy już z dawna zapomnieć (Janda, J. Stuhr, Olbrychski). A ci naprawdę wybitni? Janusz Gajos nie ukrywa politycznych sympatii, był w komitecie poparcia Bronisława Komorowskiego, niedawno udzielił okołopolitycznego wywiadu Gazecie Wyborczej, ale zrobił to z właściwym sobie umiarem i kulturą. Jerzy Trela ograniczył się do udziału w filmiku pt. #NieOddamyWamKultury, który na judupie obejrzało 20 tysięcy osób. Andrzej Seweryn dzieli się ze światem swoimi poglądami, ale w obliczu jego ostatniej kozackiej roli filmowej, wszyscy mają to gdzieś. Największa jest zaś rzesza tych wielkich aktorów, którzy nigdy o swoich politycznych frustracjach lub radościach nie opowiadali - Władysław Kowalski, Krzysztof Stroiński, Stanisława Celińska, Krzysztof Majchrzak, Adam Ferency. Nie wspominając o najstarszej gwardii - Wojciech Pokora, Franciszek Pieczka czy Wiesław Gołas. Ale cóż, jeśli ktoś był (tak jak ten ostatni) torturowany w gestapowskim areszcie, to trudno się spodziewać, że teraz będzie się produkował, opowiadając, że w Polsce panuje faszyzm.

Takim wzorem aktora (czyli człowieka parającego się przecież wygłupianiem się), który nigdy się nie wygłupił, był dla mnie zawsze Krzysztof Globisz. W wywiadach nie zahaczał o politykę, mówił zaś rzeczy ważne i mądre. Jako profesor sztuk teatralnych skutecznie zgłosił swój akces do elity. Jego występy w Teatrze Telewizji zawsze były ucztą, zaś w filmie był jak Philip Seymour Hoffman: potrafił odcisnąć swoje piętno na filmach wybitnych (Krótki film o zabijaniu), z tytułów ledwie przeciętnych czynił całkiem dobre (Anioł w Krakowie), bezczelnie kradł ekran innym aktorom (Pan Tadeusz), a zdarzało mu się też, że swoim drobnym epizodem w filmie katastrofalnym sprawiał, że nie żałowało się czasu poświęconego na seans takiego gniota (Superprodukcja).

Dziś Globisz wraca na scenę, dwa i pół roku po ciężkim udarze. W poniedziałek obejrzałem w Lublinie sztukę Wieloryb. The Globe, która została napisana specjalnie dla niego przez Mateusza Pakułę. Powiem tak. Lublin obchodzi w tym roku 700. rocznicę nadania praw miejskich, w związku z czym w mieście planowane są szczególnie rozbuchane wydarzenia kulturalne. Wątpię jednak, by któreś z nich dorównało temu, co zobaczyłem.

wielorybtg_rys_kra_02

Idziesz na to przedstawienie pełen obaw. Czy nic złego się nie wydarzy? Czy nie będziesz się czuł nieswojo, patrząc na chorego człowieka na scenie? Czy temat nie zostanie podany w sposób zbyt pompatyczny? Nic z tych rzeczy. Kiedy zapalą się światła i ucichną już burzliwe oklaski, przesuniesz wzrokiem po zaczerwienionych oczach innych widzów i wiesz już, że nie tylko ty przeżyłeś to tak mocno.

Nie ma w tym spektaklu żerowania na nieszczęściu chorego aktora. Przecież odpowiadają za niego uczniowie i - jak możemy się na własne oczy przekonać - przyjaciele Globisza. W jego każdym geście i uśmiechu widać, że ten facet został stworzony dla sceny. Że przebywanie na deskach, nawet w takim stanie zdrowia, sprawia mu niewypowiedzianą radość. Że aktorstwo jest jego sensem życia. Droga, jaką przebył przez ostatnie lata, zwieńczona tym wspaniałym przedstawieniem, jest niematerialnym pomnikiem wzniesionym na cześć człowieczeństwa. Istnym triumfem woli, można by powiedzieć, gdyby te słowa nie kojarzyły się tak parszywie.

Że ciężko chory Globisz okaże się lepszym aktorem niż większość tych, których znamy z ekranów, specjalnie mnie nie zdziwiło. Zdumiał mnie natomiast fakt, że Wieloryb. The Globe okazał się pełnowymiarową sztuką, która nie skupia się jedynie na swoim głównym bohaterze. Jest taki moment w spektaklu, kiedy prym wiodą towarzyszące mu aktorki, opowiadając to o swojej ciąży czy o pragnieniu posiadania dzieci. Globisz siedzi wtedy w kącie i grzecznie czeka na swoją kolej. Na kilka ładnych chwil zupełnie o nim zapominamy i po prostu oglądamy inne wydarzenia na scenie. Krakowski aktor nie jest tu więc jakimś dziwadłem, który ma przyciągać uwagę widza, ale jedną z części przedstawienia. Zupełna norma dla człowieka wykonującego ten zawód.

Bilety na ten występ kosztowały 50 złotych. Czuję się dziwnie, że za taki kawał emocji zapłaciłem tak niewielką kwotę. Zupełnie jakbym wyciągał komuś pieniądze z kieszeni. Jeśli się wam uda, to idźcie na Wieloryb. The Globe, popatrzcie na Krzysztofa Globisza, Martę Ledwoń i Zuzannę Skolias. Wtedy zobaczycie na czym polega prawdziwe aktorstwo i na pewno nie pomylicie go już ze zwyczajnym pajacowaniem.

2016 i słowa

zawiesina

To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
(Jonathan Carroll)

Powracam dwojako.

Powracam z zestawieniem najgłupszych cytatów mijającego roku (bo rok temu nie było).

Powracam także do pisania (bo ponad kwartał nie pisałem).

A zatem do dzieła!

Rzecznik Praw Obywatelskich, niejaki Adam Bodnar, przedstawił ciekawą wykładnię. Otóż według niego straszne jest działanie w granicach prawa. Powiedział tak: Wydaje mi się, że z jednej strony mamy problem polegający na tym, że takie organizacje jak ONR doskonale nauczyły się, jak działać w granicach obowiązującego prawa. Czyli jakie hasła głosić, jak organizować demonstracje, aby nie narazić się na zarzut przekroczenia prawa. Przypomina się stary żart wyszydzający nazioli, wedle którego Żyd jest groźniejszy od Murzyna, bo Żyda trudniej poznać.

Szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej, niejaka Janina Ochojska, postanowiła dać dowód, że nawet osobie wielce zasłużonej zdarza się wypowiedź cokolwiek konfundująca. A brzmi ona: Gdyby przeciętny muzułmanin zobaczył, jak się w Polsce traktuje kobiety, to by się przeraził. Przeraziłby się tym maltretowaniem, poniżaniem.

Jakiś czas temu piłkarze Górnika Łęczna zaliczyli serię czterech porażek. Zaczęło się spekulować o zmianie trenera. Media przewidywały, że nowym szkoleniowcem ma zostać niejaki Franciszek Smuda. Zawodnicy okropnie się przestraszyli i następny mecz zremisowali, a jeszcze kolejny wygrali. Było jednak za późno. Smuda został zatrudniony. Ale zanim to nastąpiło, podzielił się swoim poglądem na reprezentację Polski, z którego wynika, że tegoroczne sukcesy zawdzięczamy głównie jemu. Taki tam Lech Wałęsa polskiej piłki: Nie będę umierał z tego powodu, że nie wyszliśmy z grupy. Zrobiliśmy tyle, ile było możliwe. Gdyby Robert Lewandowski cztery lata temu był takim piłkarzem, jakim jest teraz, to może gralibyśmy w półfinale? Teraz to piłkarz doświadczony, wyśmienity, strzela na zawołanie. Byłby na naszych boiskach potęgą. Myśmy tę jedenastkę dopiero składali. Dużo piłkarzy zostało Adamowi Nawałce z moich czasów, do tego doszli ci młodzi. Nie można powiedzieć chyba, że wszystko spieprzyłem. Nie było z kogo wybrać, nie było kim grać. Przecież przez dwa lata zagraliśmy dużo dobrych meczów towarzyskich, kibice nie marudzili. Wiem, że przegraliśmy z Hiszpanią 0:6, ale nadzialiśmy się akurat na przyszłych mistrzów świata. Starałem się jak najlepiej wykonać swoją misję, chociaż wiedziałem, że nie będzie łatwa. Przecież, jak lecieliśmy do Ameryki na dwa mecze towarzyskie, miałem takie manko w składzie, że zwyczajnie się bałem. Kogo ja tam nie wziąłem: od Darka Pietrasiaka po Andrzeja Niedzielana, panów, którzy kończyli kariery. Leciałem tam przerażony, ale wstydu nie było. (...) Najbardziej żal mi meczu z Czechami. Ech, gdyby Robert był wtedy Robertem takim, jak jest teraz, to po 20 minutach prowadzilibyśmy 2:0 i byłoby pozamiatane. Ale cóż, piłkarze to też tylko ludzie.

Wojciech Jasiński, były minister skarbu i jeden z najbardziej zaufanych ludzi Jarosława Kaczyńskiego, został w tym roku prezesem Orlenu. Media zakipiały słusznym gniewem - jak to, przecież to nominacja polityczna, on się nic nie zna na benzynie! Nastroje próbował łagodzić niejaki poseł Jacek Sasin, który orzekł: Jeśli Jasiński jako minister skarbu zarządzał wszystkimi spółkami skarbu to trudno odmówić mu kompetencji do zarządzania jedną z nich. Jakie to proste, prawda?

Tutaj autora cytatu nie będzie, więc nie wiadomo kogo winić osobiście. Oto fragment z projektu podstawy programowej przedszkoli przygotowanej przez niejakie Ministerstwo Edukacji Narodowej: [po zakończeniu edukacji przedszkolnej dzieci powinny] przejawiać zainteresowanie zabytkami i dziełami sztuki oraz tradycjami i obrzędami ludowymi ze swojego regionu, malarstwem, rzeźbą i architekturą w tym także architekturą zieleni i architekturą wnętrz.

Niejaki Donald Tusk niedawno usilnie uczył się angielskiego. Nie sposób nie zauważyć postępów, jednak fajnie by było, gdyby były premier rozumiał, co pisze i gdyby było to zgodne z tym, co wcześniej opowiadał na prawo i lewo. A napisał na tłiterze tak: Appeal to potential illegal economic migrants: Don't come to Europe. Don't believe smugglers. No European country will be a transit country.

Najbardziej znanym przykładem udanej promocji kraju poprzez przemysł filmowy jest oczywiście Nowa Zelandia, której widoki znamy wszyscy z kinowej wersji Władcy Pierścieni. Czemu w kolejnych produkcjach światowych Tatry nie miałyby grać np. Kaszmiru? - powiedział niejaki wicepremier Piotr Gliński. Co na to Jimmy Page?

blahblahblahday764x382

Niejaki Maciej Mrozowski. Prawnik. Medioznawca. Wykładowca. Zapewne autorytet. A powiedział tak: Gdybym był szefem stacji, zaryzykowałbym program prowadzony przez Durczoka. Przećwiczyłbym format, zobaczyłbym, czy się sprawdzi. Nie troszczyłbym się zbytnio o wizerunkowy „ogon” przyczepiony dziennikarzowi, bo większość widzów tego programu powinna być inteligenta i nie przywiązywać wagi do skandali. Mało jest ludzi o nieskazitelnej moralności, więc nie ma co dręczyć się nad Durczokiem. Afera z Kamilem Durczokiem nie była publiczna, tylko prywatna. Jeżeli molestował czy dręczył podwładną, to ona dostała rekompensatę, a on reprymendę. Dlaczego tłumaczyć się z tego przed ludźmi? Ich to nie obraziło w żaden sposób, to była wewnętrzna sprawa korporacji. Takich spraw się nie wywleka, bo szkodzi to także poszkodowanym, powinno się je ucinać brzytwą i zamykać, żeby rana się szybko zagoiła. Gdyby Durczok nakłamał, zrobił coś nieodpowiedniego publicznie, wtedy powinien to wyjaśniać. Może to jeszcze nie ten poziom, ale gdzieś z tyłu głowy dźwięczy śmiech Andrzeja Leppera, niedowierzającego zgwałceniu prostytutki.

Swego czasu do ministerstwa infrastruktury wpłynął projekt zakładający zwiększenie limitu dopuszczalnego stężenie alkoholu we krwi kierowców (z 0,2 do 0,5 promila). Przedstawiciel grupy doradców ministerstwa infrastruktury, niejaki Maciej Banaszak, uzasadniał to tak: To nieprawda, że powodem większości tragedii na drogach są nietrzeźwi kierowcy. To obraz świata budowany przez niektóre media i policję. Jeżeli przyjrzymy się statystykom, zauważymy, że do wypadków dochodzi głównie ze względu na zły stan dróg i wady samochodów. Z przeprowadzonych na zlecenia Ministerstwa Transportu Wielkiej Brytanii badań wynika, że po 30. roku życia, jeśli ktoś ma 0,5 do 0,8 promila alkoholu we krwi, to funkcjonuje tak jak osoba, która nic nie wypiła. Natomiast z badań przeprowadzonych przeze mnie wynika, że pan Banaszak bredzi jak osoba, która wypiła pół litra duszkiem.

Istnieją osoby, którym wszystko kojarzy się z dupą. Przez ostatni rok ujawniła się jednak silna grupa osób, którym wszystko kojarzy się z PiS-em. Do awangardy należy tu niejaki Leszek Balcerowicz, który po odpadnięciu polskich piłkarzy z Euro 2016 napisał na tłiterze: Nasi piłkarze i kibice wykazali wielką klasę. Zarówno w zwycięstwach, jak i porażce. Zupełne przeciwieństwo nikczemnego stylu PiS.

Działacz partii Nowoczesna, niejaki Paweł Rabiej, poruszył dość istotny temat, z którego nie śmiem się naigrywać. Chodzi o zwalnianie z pracy za orientację seksualną. Pan Paweł przywołał pewne niewesoła wydarzenie z przeszłości, jednak zdanie skonstruował tak niefortunnie, że trudno wymarzyć sobie lepszy materiał do prostackich żartów: [Donald Tusk] przed kampanią wyborczą zwolnił swoją prawą rękę, która była gejem, dlatego że bał się wyciągnięcia tego.

Sędzia NSA, niejaka Irena Kamińska, była łaskawa zauważyć: Ja całe życie broniłam sędziów. Uważam, że to jest zupełnie nadzwyczajna kasta ludzi. No ale to wiadomo nie od dziś, więc nie ma co się nad tym rozwodzić.

Minister środowiska, niejaki Jan Szyszko. To powinno wystarczyć za rekomendację. Są różne organizacje ekologiczne, które uważają że największym złem jest wycinanie drzew i zabijanie drzewa. To jest wina naszego pokolenia, że tak myślą. Nasze pokolenie powinno się podjąć reedukacji tak myślących i nauczania o zrównoważonym rozwoju. Bo przecież gdyby nie było człowieka, to by nie było Krakowa, a rosłaby w tym miejscu puszcza jak ta Puszcza Białowieska. I gdzie by się wtedy podział bocian, który żyje blisko ludzkich siedzib?

Niejaki Marek Jakubiak, celnie nazwany przez kogoś Wałęsą polskiego piwowarstwa, podzielił się następującym spostrzeżeniem: W Polsce chyba zbytnio taką gębę nam się dorabia pijaków, a czy ktoś w ogóle widział ostatnio pijanego leżącego gdzieś na chodniku czy na przystanku? Nie, to już się w Polsce skończyło dość dawno temu. Pozostaje zadać pytanie: kiedy Marek Jakubiak, będący najbogatszym polskim posłem, widział ostatnio chodnik albo przystanek?

Dobrego roku.

"Smoleńsk", czyli przewodnia rola Hołdysa

zawiesina

Dialogi... niedobre. Bardzo niedobre są dialogi.
(z filmu Rejs)

Przed seansem filmu Smoleńsk obejrzałem sobie kilka wywiadów z jego reżyserem. Słychać w nich, że Antoni Krauze jest człowiekiem zmęczonym i rozgoryczonym. Otwarcie mówi, że bez żalu kończy karierę filmowca. Kto wie, być może Smoleńsk wcale nie wygląda tak, jak sobie wymarzył. I być może nie miał na to zbyt dużego wpływu. Nie mam tu na myśli prostackich tez o tym, że za sznurki pociągał Sami Wiecie Kto, ale raczej niebędący tajemnicą konflikt Krauzego z producentem, Maciejem Pawlickim. Dla widza nie ma to jednak żadnego znaczenia. A widz otrzymał niestety dzieło kulawe w każdym możliwym aspekcie filmowego rzemiosła.

Leży tu wszystko. Nawet rzecz tak podstawowa jak dobór statystów. Oto w scenie manifestacji przeciwko pochówkowi pary prezydenckiej hasła w stylu Wawel dla królów wykrzykuje grupa... Azjatów. Sceny dialogów wyglądają tak, że jedna osoba wygłasza swoją kwestię, a druga nie robi nic, tylko czeka na swoją kolej. Gra aktorska jest w zasadzie na poziomie Trudnych spraw. Jest tak źle, że gdy pojawia się jakiś poważny aktor (Bukowski, Mastalerz) i gra po prostu poprawnie, nagle zaczyna wyrastać na jakiegoś herosa aktorstwa (niezły jest też występ Lecha Łotockiego, który w scenie gruzińskiej dość udanie odtworzył gesty i intonację prezydenta Kaczyńskiego). Nakreślenie postaci to kompletna katastrofa. O głównej bohaterce wiemy tyle, że od rana do nocy myśli i rozmawia wyłącznie o Smoleńsku. Nie wiedzieć czemu twórcy boją się używać nazwisk. Ani razu nie pada nazwisko Kaczyński czy Błasik (choć fabuła kręci się wokół postaci zmarłego szefa sił powietrznych). Nie, wszyscy mówią o nim generał. A potem, gdy wjeżdża wątek samobójstwa Sławomira Petelickiego, to jego wszyscy określają mianem generała.

O kompletnej amatorce realizacyjnej nie ma co wspominać, bo jest ona skutkiem braku pieniędzy. Smoleńsk nie dostał dotacji z PISF, co środowiskom bliskim obecnej władzy pozwoliło na formułowanie tez o politycznym zaangażowaniu tej instytucji. Jednak w zderzeniu ze scenariuszem filmu te pohukiwania wydają się niepoważne. Nie wyobrażam sobie państwowego wsparcia dla produkcji, której bazą miałby być taki scenariusz. Jego tak naprawdę nie ma. W ogóle nie wiadomo o czym jest ten film, czy opowiada jakąś historię, czy do czegoś prowadzi. A jak dodamy to tego dialogi, otrzymamy pełen obraz nędzy i rozpaczy [spotykają się dwie dziennikarki; jedna mówi: Zakładamy własną telewizję. druga: Świetnie. I koniec tego tematu, jakby założenie telewizji było czymś na miarę założenia dżinsów]. Ale czemu się dziwić? Oprócz Krauzego scenarzystami filmu byli: Tomasz Łysiak - znany z radia jako Detektyw Inwektyw; na koncie zero scenariuszy pełnometrażowych filmów fabularnych; Maciej Pawlicki - producent telewizyjny, a obecnie pierwszy frankowicz Rzeczypospolitej; na koncie zero scenariuszy pełnometrażowych filmów fabularnych oraz znany wszystkim Marcin Wolski; na koncie jeden scenariusz pełnometrażowego filmu fabularnego; na filmwebie jego streszczenie brzmi: Ceniony transplantolog pada ofiarą spisku swoich współpracowników, w wyniku którego jego mózg zostaje przeszczepiony świni. To chyba najlepsza recenzja filmu Smoleńsk.

Ale nie pisałbym o tym wszystkim, gdyby nie Hołdys. Wszak to żadna sztuka napisać, że gniot jest gniotem. Otóż kilka dni temu Hołdys zamieścił w sieci tekst, w którym nawołuje środowiska opozycyjne do większego zaangażowania i mniejszego zblazowania. Jego manifestem od razu zaczęła podniecać się gazeta.pl (Hołdys BEZBŁĘDNIE o walce KOD i opozycji z PiS!), a mnie szczególnie urzekł w nim jeden fragment, który pozwolę sobie zacytować:

Podczas spotkania z młodymi ludźmi KOD zachęcałem ich do stworzenia występu parateatralnego, który by całą Polskę rzucił na kolana. Jak kiedyś Kaczmarski czy Kleyff czy dzisiejszy ruch „Black Lives Matter” (Czarne Życie Ma Znaczenie). Jęknęli z podziwu (pokazałem im jak protestuje młodzież w USA) i… wymiękli. Nie oddzwonili, woleli stanąć obok Mateusza na manifestacji i pomachać chorągiewką. Tak wygląda ich praca od postaw. Włożyć nieco trudu, stworzyć wiersz, pieśń, pantomimę, zgrabne hasło, wybębnić je i zaśpiewać je tak, by wzbudzić podziw milionów innych młodych Polaków - to wszystsko okazało się za trudne. Instruktorów w ich otoczeniu zabrakło. A to jest właśnie praca u podstaw.

Muszę przyznać, że słowa te są szczególnie zabawne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że napisał je człowiek, który całkiem porządną karierę artysty porzucił z własnej woli w wieku... 34 lat. Potem samozatrudnił się na stanowisku jednoosobowego sumienia narodu polskiego. Dziś jest starym dziadem i ubolewa, że młodzi nie piszą ważnych pieśni i wierszy. Czy ktoś przypomni mu, że sam rzucił gitarą w kąt po trzydziestce? Tymczasem Antoni Krauze ma siedemdziesiąt sześć lat (o 12 więcej niż Hołdys) i z potrzeby serca przed chwilą zrobił swój ostatni film. Abstrahując od jego tragicznej wartości, jest to jednak godna szacunku postawa artysty. Zachowanie Hołdysa przypomina zaś cudowną scenę z serialu Alternatywy 4, kiedy to zmęczeni mieszkańcy z ogromnym wysiłkiem pchają zepsuty dźwig pana Kotka, a za nimi idzie wolnym krokiem cieć Anioł i wachlując się kapeluszem, woła: Szybciej! Szybciej! Bo nie załapie!

krauze

Igrzyska niekompetencji, czyli list do Włodzimierza Szaranowicza

zawiesina

Jestem w stanie zagwarantować dwie rzeczy: złoty medal naszej wspaniałej Anity Włodarczyk i co najmniej trzy krążki z tego samego kruszcu innych polskich sportowców. W innym przypadku jestem gotowy wrócić z Brazylii na piechotę.
(Włodzimierz Szaranowicz)

Panie Szaranowicz,

Odkąd zakończyły się brazylijskie igrzyska, ludzie sobie robią podśmiechujki z Pańskiej nieostrożnej wypowiedzi, którą uczyniłem mottem tego wpisu. Ja tam spaceru z Rio się od Pana domagać nie będę, choć na przyszłość lepiej nie ręczyć za coś, na co nie ma się wpływu. Miał Pan za to wpływ - jako szef sportu w Telewizji Polskiej - na to, jak ta impreza zostanie pokazana w polskich odbiornikach. Wobec tego lepiej było w lipcu złożyć raczej akt strzelisty w stylu: Jestem w stanie zagwarantować, że TVP po raz kolejny osiągnie Himalaje niekompetencji i braku profesjonalizmu w pokazywaniu wielkiego wydarzenia sportowego. W innym przypadku jestem gotowy wrócić z Brazylii na piechotę. Wtedy byłbyś Pan przynajmniej pewny swojego wygodnego powrotu z Rio do Polski.

Prawda jest taka, że telewizja jest przeżytkiem. Jednym z niewielu uzasadnień jej dalszego istnienia jest impreza pod tytułem Igrzyska Olimpijskie. Trudno byłoby sobie wyobrazić sens rozgrywania tak wielkich zawodów, gdyby przekaz nie płynął do setek milionów domów na całym świecie. Niestety, część z tych domów (konkretnie polska część) zaopatrywana jest w sygnał kulawy, czyli zapośredniczony przez Telewizję Polską.

Co konkretnie mam na myśli? A rzucę kilka przykładów. Rozpoczyna się drugi dzień sportowej rywalizacji. Na torze wioślarskim odbywają się eliminacje. Tymczasem w studiu TVP 2 siedzi prowadzący, rozmawia z emerytowaną zawodniczką, po czym zamiast przeniesienia się na arenę zawodniczą, zapowiada (uwaga! uwaga!)... fragment wywiadu z polskimi wioślarkami nagranego po ich medalowym wyścigu na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 roku. Dalej. Anita Włodarczyk przed chwilą zdobyła złoty medal. Panuje ogólny entuzjazm. Po wywiadzie z zawodniczką słyszymy z anteny, że to nie koniec startów polskich lekkoatletów, bo oto już za moment w eliminacjach pobiegnie nasz płotkarz. I tu transmisja się kończy. Widz myśli, że należy się przełączyć na TVP 1 lub TVP Sport. A tu figa, bo na jedynce leci Teleexpress, a na kanale sportowym (uwaga! uwaga!)... powtórka (przedwczorajszego!) konkursu rzutu dyskiem. Dalej. Widzimy finał kanadyjkarzy (bez udziału Polaków), w którym wygrywa Niemiec. Drugie miejsce zajmuje Brazylijczyk. O trzecie rywalizują Mołdawianin z Rosjaninem, którzy wpadają na metę równocześnie. Podniecony Dariusz Szpakowski krzyczy, że o brązowym medalu zadecyduje fotofinisz. Jednak nie jest nam dane poznać werdyktu, gdyż niemal od razu zostają wyemitowane reklamy. Dalej. Dużo dyskusji wywołał spór w ekipie polskich kolarek torowych. Do jednej z konkurencji wystawiona została juniorka kosztem bardziej utytułowanej koleżanki. Ta wylała swoje żale na fejsie i zrobił się kwas. Tymczasem start kolarek już za moment. W studiu siedzi redaktor prowadzący wraz z działaczem Polskiego Związku Kolarskiego i komentują tę nieprzyjemną sytuację, a także czysto sportowe aspekty rywalizacji (kto jest faworytką, jakie są szanse Polki itd.). Gadają tak przez co najmniej kwadrans, a gdy wreszcie wybija godzina startu naszej reprezentantki, TVP puszcza reklamy i film. Dalej. Mecz piłkarzy ręcznych pomiędzy Niemcami a Egiptem ma zadecydować o ewentualnym udziale naszych szczypiornistów w ćwierćfinale. Na TVP 2 właśnie kończy się relacja z innej sportowej areny, prowadzący w studiu mówi: Rzućmy jeszcze okiem na przebieg meczu [rzucamy okiem, jest 50. minuta]. Widzimy, że Niemcy prowadzą. To już koniec naszej transmisji w dwójce. Wszystkich zainteresowanych spotkaniem Niemców z Egiptem zapraszamy do jedynki. Do zobaczenia. Przełączamy na jedynkę, a tam istotnie nadają mecz ręcznych, ale (uwaga! uwaga!)... od trzydziestej minuty. Czarę goryczy przelało pokazywanie golfa (GOLFA!!!) przez bite dwie godziny, w czasie najlepszej oglądalności (około 20), na kanale otwartym (TVP 2).

Mało? Pewnie było tego więcej, ale nie siedziałem przyspawany do telewizora, zaś tydzień przed zakończeniem zawodów pojechałem na zagraniczne wakacje. Tak się złożyło, że śledziłem dalszą część IO w telewizji węgierskiej. I niech Pan sobie wyobrazi, że tam zawody kajakarzy pokazywano od początku do końca, bieg po biegu, bez żadnej przerwy na reklamy czy też studio. A czemu? Pewnie będzie to dla Pana szokiem (a może niewyobrażalnym dziwactwem), ale... tam nie ma żadnego studia. Tak! Węgrzy okazali na tyle świrniętym narodem, że podczas największej imprezy sportowej na świecie zajęli się pokazywaniem sportu, a nie gadających głów pod krawatami.

szaEA

W jednej chwili przypomniała mi się piękna historia Matthiasa Steinera z igrzysk w 2008 roku. Steiner to Austriak, który po Atenach pokłócił się ze swoją federacją i zmienił obywatelstwo na niemieckie. Przez trzy lata nie mógł występować w międzynarodowych zawodach. Szykuje się na olimpiadę w Pekinie, kiedy w wypadku samochodowym ginie jego żona. Mimo to Steiner nie rezygnuje ze startu. Po rwaniu jest dopiero czwarty i ma aż 8 kg straty do prowadzącego Ruska. Co gorsza, pali pierwszą próbę w podrzucie, lecz w drugiej zalicza rekord życiowy - 248 kg. Potem Rusek podnosi ćwierć tony i jest już niemal pewny złota. Wtedy Steiner stawia wszystko na jedną kartę - czeka, aż wszyscy wyprztykają się ze swoich prób i przy trzecim podejściu zakłada na sztangę 258 kilogramów (o 10 więcej niż nowo ustanowiony rekord życiowy). Koncentruje się i nadludzkim wysiłkiem podnosi ciężar. Po czym następuje eksplozja radości i wzruszenia, seria gestów pod adresem nieżyjącej ukochanej. Gotowa historia na łzawy hollywoodzki film. Nie trzeba jednak takiego kręcić, wystarczyło to obejrzeć w telewizji. Oczywiście w telewizji Eurosport. Dziś cisną mi się na usta dwa pytania. Raz. Czy gdybym nie miał wtedy Eurosportu i byłbym zdany na TVP, poznałbym historię Steinera? I dwa. Dziś, gdy Eurosport nie ma już praw do pokazywania igrzysk, i zdany jestem na TVP, ile podobnych pięknych historii z Rio mnie ominęło?

Tę straszliwą indolencję w pokazywaniu igrzysk przez TVP zrozumieć tym trudniej, że przecież telewizja dostaje gotowy przekaz. Nie szyje go sama od zera jak Polsat na imprezach siatkarskich. Stacja Solorza wypracowała niewyobrażalny dla innych poziom pokazywania tego sportu w telewizji. Do tego stopnia, że gdy zdarzają się zawody w jakimś innym kraju, nawet mającym wyniki w siatkówce (Włochy, Rosja, Brazylia), widzowie zastanawiają się jak można tak beznadziejnie to pokazywać. Zaś TVP musiała ograniczyć się do umiejętnego przeskakiwania z lekkoatletycznego stadionu, na wioślarski tor, a stamtąd na zapaśniczą matę. Nie potrafiła sprostać nawet temu.

Kopaniem leżącego byłoby czepianie się polskich sprawozdawców, którzy (z paroma szlachetnymi wyjątkami) tradycyjnie niekompetencje merytoryczne i językowe starali się przykrywać decybelami (czytaj: piłowaniem ryja). Zupełnie jak w klasycznym rysunku Raczkowskiego. Pan też dołożył do tego swój kamyczek, komentując finałowy bieg na 100 metrów mężczyzn. Przez chwilę zastanawiałem się czy naprawdę przegapiłem moment, w którym Usain Bolt otrzymał polskie obywatelstwo.

Problem tkwi w tym, że Pański pierwszy dzień na stanowisku szefa sportu w TVP powinien być jednocześnie ostatnim w kabinie komentatorskiej. Nie da się dobrze zarządzać pracą zespołu, będąc po drugiej stronie globu, na stadionie lekkoatletycznym. Jeżdżąc na każde igrzyska od ponad 30 lat, nie mógł Pan zdawać sobie sprawy, że tu w Polsce miliony ludzi klną na to dziadostwo w telewizorze. Pana to po prostu nie dotyczyło - nie oglądał Pan igrzysk z pozycji zwykłego telewidza, który powinien być przecież dla szefa redakcji sportowej najważniejszy.

Ale to tylko pół prawdy. Drugie pół jest takie, że równie źle pokazywanie sportu w TVP wyglądało za Pańskiego poprzednika i równie źle będzie wyglądało za Pańskiego następcy (ktokolwiek nim będzie). Może na Woronicza jest jakaś żyła wodna? Słowem, przyszedł PiS i zrobił tzw. dobrą zmianę wszędzie: od spółek skarbu państwa, przez stadniny koni, po ochotnicze hufce pracy. Ale tego betonowego badziewia, jakim jest sport w Telewizji Polskiej, nie udało mu się ruszyć. Ale Pan zrozumie to dopiero za dwa lata, kiedy na zasłużonej emeryturze zasiądzie Pan w fotelu, by obejrzeć zimowe igrzyska w Pjongczangu. Włączy Pan telewizor, przyjrzy się przez chwilę i powie: Jasna cholera, jak tak można? Ale wtedy nie będzie Pan mógł już nic zrobić.

Adeus, Portugal!

zawiesina

I tak jesteśmy najlepsi.
(Cristiano Ronaldo po remisie z Polską)

Reprezentacja Portugalii to jest takie zjawisko w piłce nożnej, z którym nie umiem sobie poradzić.

W roku 2000 byli rewelacją, której nie wypadało nie kibicować. Szli jak burza i o mały włos puknęliby Francję w półfinale, gdyby nie karny po zagraniu ręką Abel Xaviera w dogrywce. To właśnie w trakcie tego meczu, jako dwunastolatek, wyrobiłem sobie (zupełnie oczywisty dla każdego fana piłki) odruch kibicowania słabszym. I wtedy też przyszło naturalnie pierwsze rozczarowanie.

Rok 2002 to traumatyczna porażka Polski z Pedro Pauletą. I ktokolwiek by wtedy Polski nie zmiażdżył - czy byłaby to Portugalia, Rumunia czy Burkina Faso - rywale nie mieli znaczenia. Skupialiśmy się raczej na tej tragicznej zbieraninie Engela. I to do niej, nie do Portugalczyków, kierowaliśmy wszystkie złe emocje. Jak można było przegrać cztery zejro, pytał w piosence pewien śpiewak. I miał rację, jeśli przypomnimy sobie, że Portugalczycy sami sobie na tym mundialu wrzucali piłkę do bramki.

W roku 2004 wobec żadnej drużyny nie żywiłem złych emocji, bo cała para szła w kibicowanie Czechom. Mieli cudowną drużynę, którą oglądać można było godzinami. Ich nieszczęsny półfinał z Grecją był najgłośniej krzyczącą niesprawiedliwością w futbolu dwudziestego pierwszego wieku. Po tym rozczarowaniu finał pomiędzy Grecją a Portugalią miałem centralnie w rzyci i obejrzałem go wyzuty z emocji.

I nagle od mistrzostw świata roku 2006 nie wiedzieć czemu reprezentacja Portugalii stała się dla mnie etatowym czarnym ludem każdego turnieju. Może miał na to wpływ ich rzeźnicki mecz z Holandią, okraszony rekordową liczbą żółtych i czerwonych kartek. Raptem ta drużyna (w pewnym stopniu wciąż złożona z weteranów z 2000 r.) wydała mi się konglomeratem boiskowych chamów i cwaniaków, którym sprzyjać nie wolno, niezależnie od rywala. Stąd moje ryzykowne zachowanie podczas oglądania meczu o trzecie miejsce. Starcie ekipy Scolariego z Niemcami oglądaliśmy w jakiejś świetlicy nad jeziorem. Przyjąłem kilka piw i jako jedyny spośród kilkudziesięcioosobowej widowni afiszowałem się z entuzjazmem po każdej strzelonej przez Niemców bramce. Kolega uspokajał mnie w obawie o nasze zdrowie. Sprzyjanie Niemcom było wówczas (i chyba tak zostało) dosyć ekstrawaganckie.

Żaden z następnych turniejów (2008, 2010, 2012) nie zmienił mojego nastawienia do ekipy z zachodnich kresów Europy. Łatwo się domyślić, że ich klęska na brazylijskim mundialu przed dwoma laty była dla mnie miłą (choć absolutnie spodziewaną) okolicznością. Obejrzeliśmy wtedy drużynę do cna zdemoralizowaną, targaną wewnętrznymi konfliktami i zwyczajnie trudną do oglądania.

I oto przyszło długo wyczekiwane Euro we Francji. Na fali wzmożenia wynikami naszej kadry (byłem nawet na dwóch meczach eliminacyjnych; do tej pory największe piłkarskie wydarzenie, które oglądałem z trybun, to był mecz Motoru Lublin ze Stalą Stalowa Wola) uznałem, że trzeba odrzucić precz złe emocje. Kibicować Polsce, a resztę drużyn oglądać z pozycji futbolowego konesera, dla którego liczy się głównie piękno tej gry. Swój otwarty umysł powierzyłem nawet reprezentacji Portugalii. I co? I wytrzymałem kilkanaście minut.

Jak włączyłem ich mecz z Islandią, to zobaczyłem, że:

1) Po pięciu (!) minutach Ronaldo próbuje wymusić wolnego pod polem karnym. Gwiazdor Realu przewrócił się, mimo że obrońca nawet go nie dotknął, a wręcz był od niego oddalony o dobre pół metra.
2) Ricardo Carvalho podaje do kolegi na skrzydło, ale nie odmawia sobie tej przyjemności, by kopnąć przy tym rywala.
3) Przeciwnika brutalnie kopie również Pepe.
4) Ronaldo nie przyjmuje zwyczajowego gestu przeprosin od Islandczyka po faulu.

I jeśli dodać do tego pogardliwe komentarze CR7 po meczu, to naprawdę wobec reprezentacji Portugalii trudno wykrzesać sympatię. Po krótkim okresie dobrej woli niechęć wróciła ze zdwojoną siłą. Nie mam już żadnych wątpliwości, że Portugalia to boiskowe wsiury, których należy golić z całą bezwzględnością. Dlatego czwartkowy ćwierćfinał będzie dla mnie meczem szczególnym. W przypadku powodzenia - podwójna radość, w przypadku porażki - podwójny kac. Podoba mi się taki futbolowy świat, w którym Portugalczycy nigdy nie wygrali żadnego turnieju. Po co to zmieniać? Proszę zatem reprezentację Polski o solidne wciry dla czwartkowych rywali. Rany, przecież oni nawet jeszcze nie wygrali meczu na tym turnieju! Oby już tak zostało.

032616_SOCCER_Cristiano_Ronaldo_PI_JW.vadapt.664.high.47

© Zawiesina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci