Menu

Zawiesina

każdy może, prawda, krytykować...

Odpieprz się od Taco, ej!

zawiesina

Ej!
(Taco Hemingway)

Przed chwilą wyszydzony i zglanowany został polityk Trzaskowski za to, że zbyt ostentacyjnie obnosił się ze swoim wykształceniem i erudycją, a tymczasem mamy bardzo podobną aferkę w naszym półświatku popkulturowym. Oto raper Taco Hemingway wypuścił płytę, na której znajduje się kawałek Reżyseria: Kubrick z kilkoma nawiązaniami do filmów reżysera. Jako że wśród słuchaczy Taco nie brakuje młodzieży młodszej, w sieci pojawiły się pozornie zabawne teksty w stylu Sprawdź, kim jest tajemnicy Kubrick z piosenki Taco Hemingwaya. I teraz nagle te same osoby, które w piątek kpiły z Trzaskowskiego, w poniedziałek krzyczą, że jak można nie wiedzieć, kim jest Kubrick, hurr durr, ograniczonym matołem trzeba być!

To ja teraz powiem dlaczego ten artykuł z portalu eska.pl uważam za pozornie zabawny.

1) Portale żyją z klików i ktoś miał naprawdę świetny pomysł, żeby coś takiego wrzucić. Bazowanie na czyjejś niewiedzy nie jest nowym sposobem na nabijanie kabzy. Artykuł z eski tym się jednak różni od organizowania pokazów garnków za kilkanaście tysięcy, że nikomu nie szkodzi. Wręcz przeciwnie, dzięki artykułowi pt. Kim był Kubrick? osoby niewiedzące, kim był Kubrick, będą mogły się dowiedzieć, kim był Kubrick.

2) Oburzać się na poziom portali typu eska.pl to jak bulwersować się tym, że ktoś uwolnił gazy w toi toiu. Jak nie jesteś targetem takich treści, to po co, kurwa, tracisz na to czas? A jeśli jesteś targetem, to se wejdź na portal pikio.pl i chłoń. Smacznego.

3) Chcesz czy nie, Taco Hemingway jest chyba pierwszym od dwóch dekad najlepiej sprzedającym się artystą w Polsce, który ma jednocześnie coś ważnego do powiedzenia. Poprzednio kimś takim był dwadzieścia lat temu Kazik. Sądzę, że gdyby szczyt jego popularności przypadł na dzisiejsze czasy, to na eska.pl mielibyśmy artykuł w stylu Kim jest tajemniczy Pan Waldek z nowej piosenki Kultu?

4) Być może osoby interesujące się kinem nie przyjmą tego do wiadomości, ale nazwiska reżyserów filmowych, nawet tych najgłośniejszych, to nie jest coś, co leży w obszarze zainteresowań randomowego oglądacza filmów. Bo filmy, umówmy się, ogląda mniej więcej każdy. Ale gdybyś tego janusza z sebą zapytał o jakichś słynnych na świecie reżyserów, to ci wymienią może Spielberga i Allena (bo wiadomo), może Polańskiego (ale bardziej ze względu na obyczajówkę niż filmy). Nie znaczy to oczywiście, że masowy widz z gruntu odrzuca filmy wartościowe. Nie, takie również ogląda. Ale nie zajmuje go, że Ojca chrzestnego wystrugał Coppola, Fight Club - Fincher, a Titanica - Cameron. Filmy Kubricka cywile też oglądają i doceniają (zwłaszcza Lśnienie i Full Metal Jacket).

th

Z drugiej strony wychynęli ci, którzy zarzucają Taco Hemingwayowi snobizm i obnoszenie się z tą ponadprzeciętną wiedzą z zakresu filmoznawstwa (a także sztuki, bo w innej piosence pojawia się Modigliani). Ludzie! Kubrick?! Naprawdę?! To nie jest pieprzony Béla Tarr, tylko facet, który kręcił filmy z Nicholsonem i Cruisem. Ludzie w Polsce go nie znają, bo patrz akapit wyżej, ale istnienie i dzieła Kubricka to nie jest fizyka kwantowa.

Wiem, że Taco najlepszy był, gdy zapodawał obrazki z wielkiego miasta (Białkoholicy, Wszystko jedno). Ale teraz siłą rzeczy mniej się po tym mieście wozi, bo paparazzi zatruwają mu życie. Nagrał więc płytę o swoim sukcesie, o tym jak sobie z nim radzi i jakie niesie on niebezpieczeństwa. Czynienie artyście zarzutu z tego, że nie stoi w miejscu i się rozwija, to najgłupsze, co może zrobić recenzent. Jeśli będziemy stopniowo zaniżać wymagania, to za chwilę obudzimy się w kraju pełnym piosenek o tym, że Kiedy jestem blisko ciebie / Czuję się jak w siódmym niebie.

A nie, czekaj...

Tak czy inaczej, cieszmy się, że mamy Taco Hemingwaya. Dopóki dzieciaki na szczyty list sprzedażowych będą wynosić jego, a nie Popka Kurwa Mać Króla Albanii, to będzie jeszcze dla nas jakaś nadzieja.

Nigdy nie będzie takiego lata

zawiesina

Reprezentacja naszego kraju
Nie będzie miała takich wyników
Już nigdy
(Świetliki & Bogusław Linda - Filandia)

Kiedyś, a było to całkiem niedawno temu, piłkarska reprezentacja Polski zagrała mecz, który zapisał mi się w pamięci na długo, a myślę, że i do końca moich dni. Mecz ze Szwajcarią na ostatnich Mistrzostwach Europy, bo o nim mowa, nie był może najlepszym meczem tej drużyny, piłkarsko nie stał na światowym poziomie, ale dostarczył od groma emocji, oglądało się go w pięknych okolicznościach przyrody i przede wszystkim zakończył się po naszej myśli. Wiem, że w kontekście naszych niegdysiejszych medali Mistrzostw Świata, wspominanie z rozrzewnieniem 1/8 finału europejskiego turnieju może być troszkę zabawne. Ale ja mam trzydzieści lat i prehistorii nie pamiętam, zaś po dwóch dekadach nieustannego oglądania piłkarskiego badziewia w wykonaniu naszych kopaczy nie dziwota, że otoczyłem tamtą rozgrywkę nimbem mojej pamięci (widać, że dawno nie pisałem, skoro wyjeżdżam z takimi zdaniami).

Pamiętam ten dzień jak wczoraj. Piękna, słoneczna, upalna sobota. Śniadanie, jakieś porządki. Potem poszedłem na targ kupić truskawki i czereśnie. Wracając, zahaczyłem o sklep i wziąłem nowe wówczas piwo 1na100, które dziś jest moim ulubionym. Po meczu - jeszcze cały w emocjach - pojechałem do UPC załatwić nową umowę na internety i odwiedziłem rodziców. A pod wieczór obejrzałem następne mecze, który obeszły mnie tak bardzo jak zespół Łzy wychodzący na scenę po Rolling Stonesach.

A sam mecz? Mmm. Po raz pierwszy za mojego życia nasza kadra grała mecz fazy pucharowej dużego turnieju, już wtedy czułem powagę chwili. Wszystko było cudownie - kobieta życia u boku, słoneczny dzień, ulubione owoce, orzeźwiający napój. Oglądaliśmy to ponaddwugodzinne widowisko, pokrzykując co chwila, nie szczędząc przekleństw, wyskakując z foteli, gryząc palce. Pewnie miało tak pół Polski. O ile wspomnień bylibyśmy biedniejsi, gdyby te karne potoczyły się inaczej...

A pomyśleć, że mogło być jeszcze piękniej. Dzień meczu z Portugalią pamiętam równie wyraźnie, chociaż staram się go z pamięci wymazać. Z tą porażką nie pogodziłem się do dziś. Mam ogromny szacunek do trenera Nawałki za to, że przywrócił nam reprezentację. I nigdy nie wejdę w buty januszoseby, który pisze, że ten Peszko to jakiś żart, dzie Mierzejeski?! Ale tamtego 30 czerwca nie mogę przeboleć, bo Nawałka jedyny raz zawiódł jako trener. W kluczowym momencie przestraszył się szansy, która się przed nim otworzyła. Nieco więcej ryzyka (czy to poprzez rzucenie się na zamroczoną Portugalię w pierwszej połowie, czy to poprzez zmianę bramkarza na karne) i kto wie. Na drodze do finału stanęłaby nam Walia...

polsui
Ale wracając do meczu ze Szwajcarią. Wspominam ten dzień tym rzewniej, że czuję pod skórą, że prędko się taki nie powtórzy. Od kilku miesięcy łażę i wieszczę za Świetlikami, że nigdy nie będzie takiego lata. Czemu?

Nie trzeba być Sherlockiem, by nie dostrzec. Szpital w drużynie. Milik, Błaszczykowski, Bereszyński, Grosicki wracają po kontuzjach albo mają problemy. Makuszewski i Wolski wypadli na dobre. Przed Euro wypadł tylko Rybus (no i w czasie turnieju Szczęsny, ale to akurat nas nie zabolało, bo to, co wyczyniał Fabiański w meczu ze Szwajcarią, dało nam przepustkę do ćwierćfinału). Grzanie ławy. Krychowiak, Grosicki, Zieliński, Linetty grają w kratkę, a zwłaszcza w przypadku tego pierwszego rytm meczowy jest kluczowy. Słaba forma. Pazdan, Jędrzejczyk, trochę Glik, Grosicki. Na Euro mieliśmy to szczęście, że spotkała się grupa europejskich średniaków w życiowej formie i poobijany, wyeksploatowany długim sezonem Lewandowskim. Dziś mamy sytuację dokładnie odwrotną. Lewandowski będzie świeższy, bo w Bayernie odciąża go zmiennik, ale cała reszta może być zdemoralizowana różnymi niepowodzeniami, nieograna, nieprzygotowana fizycznie. Rywale. Umówmy się, że trudno było wylosować gorzej. Każdy z naszych rywali (Kolumbia, Senegal, Japonia) zawsze wymieniany jest w gronie faworytów turniejów mistrzowskich na ich kontynentach. Irlandia Północna, Ukraina czy nawet Szwajcaria (a także drużyny, które goliliśmy w eliminacjach) - nie.

Oczywiście można się pocieszać, że granie z orzełkiem na piersi wyzwala w naszych zawodnikach dodatkowe siły. Że nawet grając piach w klubie, z reprezentacją mogą osiągnąć wiele. I że Błaszczykowski dla narodowej drużyny zagra nawet na wózku inwalidzkim. Problem w tym, że to nie są argumenty czysto piłkarskie. To jest coś, co przed laty pięknie opisał Andrzej Zydorowicz: Polacy swoich szans upatrują w iluzorycznym przekonaniu, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie.

Nie lubię oglądać piłki ręcznej, bo jakoś cały czas mi się wydaje, że kiedy piłkę mają nasi rywale, to strzelenie gola jest dziecinnie łatwe, zaś kiedy akcję wyprowadzają nasi, to ściana obrońców drużyny przeciwnej jest tak wielka, że rzucenie gola to nadludzki wysiłek. Nie umiem tego wyjaśnić, ale fakt faktem, że oglądanie meczów w takim psychicznym napięciu jest dla mnie zbyt męczące. Z piłką nożną mam odwrotnie. Odkąd nastał Nawałka, do każdego meczu podchodzę z pełnym optymizmem, choćby nie miało to żadnego racjonalnego uzasadnienia. Jakaż to piękna odmiana po latach piłkarskiej siermięgi. Po czasach, kiedy dopiero odpadnięcie parodystów zwanych reprezentacją Polski zaczynało prawdziwy turniej dla fanów prawdziwej piłki (2002, 2006, 2008). Kiedy Polacy odpadli z Euro 2016, był to dla mnie koniec turnieju, a dalsze mecze obejrzałem bez emocji, niejako z przyzwyczajenia.

Wspomnienie końcówki czerwca 2016 jest dla mnie tym cenniejsze, że nie starałem się szukać dziury w całym jak niektórzy. Nie brakowało bowiem idiotycznych tekstów w stylu: i co z tego, że wygrywają, skoro nie ma następców, a jak Lewandowski zakończy karierę, to znów będziemy w dupie. Tak jakby wielkiej piłce jako takiej towarzyszył jakiś długofalowy cel, do ziszczenia załóżmy za 20 lat. Nie, w piłce chodzi o to, żeby wygrać ten jeden mecz, a jak się uda, to następny. No i tak do tryumfu w całym turnieju. Grecy zdobyli kiedyś mistrzostwo Europy. Po paru latach rzeczywiście znów byli w dupie, ale tego mistrzostwa i tych wspomnień nic już im nie zabierze.

Być może tytuł notki jest przesadzony. Może powinien brzmieć W 2018 roku nie będzie takiego lata jak w 2016. Tak czy inaczej, przed tegorocznym mundialem optymizm mnie opuścił. I jeśli mój scenariusz się sprawdzi, będzie mi tym łatwiej się z tym pogodzić. Ale pod skórą jest jednak cień nadziei, że Nawałka z ekipą sprawią, że w lipcu będę się z tą notką czuł jak ostatni głupek. Czego sobie i Państwu życzę

Nie wszystko złoto, co się Netflix

zawiesina

Dialogi niedobre. Bardzo niedobre są dialogi.
(z filmu Rejs)

Ej, Netflix, naprawdę?

Na dniach usuwacie ponad setkę filmów (w tym tych takich zajebistych), a w zamian dajecie serial w rodzaju Modliszki? Nie wiem czy kiedyś wstydziłem się, że coś obejrzałem, ale to jest ten przypadek. Ta rzecz powinna być promowana hasłem Serial tak słaby, że nie ma go nawet na filmwebie (stan na 4.01.2018).

Fabuła jest taka, że w Paryżu dochodzi do serii brutalnych morderstw, które do złudzenia przypominają krwawe dokonania tytułowej Modliszki, czyli babki osadzonej we więźniu od 25 lat. Morderczyni i milicja idą na układ: pomagam wam w schwytaniu sprawcy pod warunkiem, że śledztwo poprowadzi mój syn. Jednym słowem, główna bohaterka miała być chyba kimś na kształt Hannibala Lectera (czy jak napisaliby dziennikarze prasowi w Polsce - Hannibalem Lecterem w spódnicy).

modliszka(źródło: netflix.com)

I właśnie zapatrzenie w anglosaskie wzorce jest największym grzechem Modliszki. Pomysł wyjściowy to efekt fascynacji Milczeniem owiec. Sposób dawkowania widzowi kolejnych brutalnych morderstw zajeżdża Se7en Finchera. Kiedy już dowiadujemy się, kto jest mordercą, w jednej chwili z normalnego człowieka zmienia się on w iście komiksowego villaina, który oczywiście musi swoją ostatnią ofiarę wywieźć gdzieś na zadupie, by tam dokonała się O-S-T-A-T-E-C-Z-N-A R-O-Z-G-R-Y-W-K-A [złowroga muzyka]. Dodajmy do tego kilka rozwiązań wizualnych ewidentnie inspirowanych pierwszym sezonem True Detective i absolutnie kuriozalny (w zamierzeniu twórców pewnie zabawny) cytat z Kubrickowskiego Lśnienia, a będziemy mieli jasność, że celem było stworzenie amerykańskiego serialu we Francji.

Tymczasem wyszło tylko troszkę inaczej, bo otrzymaliśmy... polski serial we Francji. Czemu tak uważam? Ano:

1) Może i pomysł był niezły, ale na pewno nie na niskobudżetowy serial. Tu zwyczajnie zabrakło kasy. Modliszki w jakimś ponurym zamczysku pilnuje jeden (słownie: jeden) facet. Nad rozpracowaniem najgroźniejszego bandyty w kraju, który w ciągu kilku dni brutalnie zabija kilka osób, pracuje 5 osób, z których jedna jest niezrównoważona emocjonalnie, druga jest kompletnym palantem, a trzy pozostałe... po prostu są i przytakują. Kasy nie starczyło też na zaprezentowanie miasta. Parę razy słyszymy, że to Paryż, ale obrazy tego nie potwierdzają. O jakiejś społecznej recepcji morderstw nie ma nawet mowy. Dochodzi do serii brutalnych morderstw w stolicy olbrzymiego kraju, a my nie wiemy, jak reagują na to media, władze, ulica. Jesteśmy w Paryżu czy w hrabstwie Midsomer, do cholery?!

2) To, w jaki sposób scenarzyści idą na łatwiznę, jest czasem aż urocze. Tu będą drobne spoilery, ale mam to gdzieś, bo jeśli szanujecie samych siebie, to Modliszki po tym tekście raczej nie obejrzycie. Koleś więzi w domu facetkę i dwoje jej dzieci. Siedzą związani przy stole. Chłopiec ze stresu sika w gacie, więc złoczyńca mówi, że czas na kąpiel. Idzie do łazienki, żeby napuścić wodę do wanny. Puszcza wodę i... zostaje w łazience. Przy okazji tak się zamyśla nad światem, iż nie zauważa, że woda zaczyna się przelewać. Dopiero po chwili następuje ocknięcie. Facet spędził w łazience jakieś pół godziny, więc jest jasne, że w międzyczasie dzielna milicja wpadła na jego trop, zdążyła wszystkich wyswobodzić i otoczyć dom. That was easy! Ale nośnikiem największej frajdy jest używanie przez śledczych fejsbuka. Jest to ich główne narzędzie prowadzenia dochodzenia. Za jego pośrednictwem można się w pięć minut dowiedzieć wszystkiego o wszystkich i dzięki temu wpaść na trop kolejnego morderstwa, udać się tam całą bandą (ale i tak nie zdążyć z pomocą). Może i uwierzyłbym, gdyby nie to, że policjanci zostali odmalowani jak skończeni kretyni. W pewnym momencie zacząłem zastanawiać się, kiedy na ekranie pojawi się Frank Drebin, żeby wydać im kolejne polecenia...

3) Jednak polskimi produkcjami telewizyjnymi najbardziej śmierdzą dialogi, poziom aktorstwa i nadęcie tego błahego przecież serialu. Bohaterowie nie rozmawiają, tylko wygłaszają górnolotne kwestie, a nad wszystkim panuje klimat beznadziei (ale nie klimat beznadziei rodem z To nie jest kraj dla starych ludzi, a raczej klimat beznadziei rodem z... dajmy na to serialu Oficerowie albo Ekstradycja 3). Matko, jakie to jest złe! Gdyby komuś przyszło do głowy Modliszkę zdubbingować, to otrzymalibyśmy polski serial w skali 1:1. A może Kurski odkupi licencję i nakręci naszą wersję? Modliszką byłaby Grażyna Wolszczak, jej synem Antoni Pawlicki i ośmiomilionowa widownia TVP1 w czwartkowe wieczory jak w banku.

Chciałem napisać, że mam nadzieję, iż to ostatnia tak gigantyczna wpadka Netflixa, ale po chwili przypomniałem sobie, że pierwszy polski serial dla tej platformy reżyseruje Agnieszka Holland. Czyli dobranoc.

Bohater na miarę czasów

zawiesina

Hegel powiada gdzieś, że wszystkie historyczne fakty i postacie powtarzają się, rzec można, dwukrotnie. Zapomniał dodać: za pierwszym razem jako tragedia, za drugim jako farsa.
(Karol Marks)

Nie napisałem nic od stycznia, choć wiele się działo w moim życiu w tym roku. Wiele się działo też w Polsce i szerokim świecie (w polityce, mediach, kulturze, sporcie). A jednak nic mnie tak nie popchnęło do napisania nowej notki jak wczorajsza groteskowa śmierć jakiegoś chorwackiego dziada w Hadze.

Ponad siedem lat temu pisałem w tym miejscu, że śmierć budzi we mnie przerażenie, niezależnie kogo dotyczy. Nic się w tej sprawie nie zmieniło. Śmierć szczególnego rodzaju, czyli ta zadawana samemu sobie, to jednak jeszcze wyższy poziom i mam ciary od samego myślenia o czymś takim. Jest to zjawisko, którego nie potrafię objąć rozumem. Gdybym miał możliwość wejścia na minutę w umysł samobójcy, za nic w świecie nie chciałbym tego zrobić, bo nie zasnąłbym do końca życia. Wystarczająco straszne jest już samo stawianie pytań: Co nim kieruje? Czy jest pewien? Czy się boi? Czy po zrobieniu pierwszego kroku, a przed faktycznym zejściem, żałuje (choćby miało to trwać ułamek sekundy)?

Wczoraj samobójstwo niejakiego Slobodana Praljaka obejrzał cały świat. Ten były chorwacki generał, skazany w 2013 roku na 20 lat więzienia za zbrodnie wojenne, wysłuchał wczoraj niekorzystnego dla siebie wyroku w procesie apelacyjnym i uznał za stosowne wykrzyczeć dwa zdania swojego manifestu, a następnie łyknąć zawartość fiolki, w której rzekomo była trucizna. Facet przekręcił się kilka godzin później w szpitalu.

Straszne, prawda? Otóż dla mnie nie. Masowe samobójstwa nazistów pod koniec wojny lub zaraz po, kiedy przestudiujemy ich historię, budzą ciarki. Dzisiejsza akcja Praljaka to tylko groteska. Nie wahałem się ani chwili nad mottem dla dzisiejszej notki.

Czemu tak uważam? Zacznę trochę na okrągło. Muszę przyznać, że zawsze szkoda mi było sędziów, którym przypadło w udziale prowadzenie spraw tych wszystkich szumowin z wojny na Bałkanach. I materia nieprzyjemna, i pierwiastek ludzki odrażający, i sprawy ciągną się latami. A przy tym musisz wysłuchiwać, co jeden z drugim drań ma do zakomunikowania światu. Carmel Agius, czyli sędzia prowadzący wczorajszą rozprawę (na zdjęciu) jest dla mnie bohaterem. Jego reakcja na domniemane samobójstwo skazańca powinna być już na zawsze symbolem ostatecznego tryumfu sprawiedliwości.

carmel
Bo przyjrzyjmy się. Dziad wysłuchuje wyroku, następnie krzyczy, że ma go w poważaniu, wyciąga skądś malutką fiolkę, wypija i siada. Sędzia jest przez moment skonsternowany, ale po chwili... zaczyna procedować dalej, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Od początku było wiadomo, co tu się właśnie odjebało, ale wszyscy mieli to w tyle, zapomnieli o Praljaku i zajęli się następnym punktem obrad. I dopiero pół minuty później sam samobójca musiał zwrócić na siebie uwagę i krzyknąć, że hej, przecież właśnie się otrułem, więc może byście łaskawie skierowali na mnie kamery.

Wtedy na sali rzeczywiście widoczne jest poruszenie. Sędzia przez moment siedzi jak zamieniony w słup soli, a po chwili przerywa rozprawę. Cały czas sprawia jednak wrażenie faceta zniecierpliwionego tym, że ktoś mu tu nabruździł i przez to nie zdąży na squasha, na którego umówił się z kolegami na 17, bo oto zamiast tego trzeba będzie jakieś zeznania składać na policji. Sędzia zaprezentował reakcję w stylu: Ach, otruł się... No dobra, skoro tak, to weźcie go tam posprzątajcie. Jego zachowanie to po prostu takie strzepywanie pyłku z marynarki albo wycieranie w trawę uwalanego psim łajnem buta.

Wszyscy zbrodniarze wojny na Bałkanach powinni zostać wysłani na śmietnik historii (sorry za to wyrażenie, bo kojarzy się różnie, ale nikt lepszego nie wymyślił) i wczorajsze sceny z haskiego Trybunału to dowód na to, że świat jest już gotów ich tam wysłać. Praljak sądził zapewne, że kiedy sobie golnie, zacznie się rwetes i ludzie zgromadzeni w sali zaczną skakać jak małpiatki. Że będzie dym, że skona w spektakularnych okolicznościach. Tymczasem rozprawa po prostu trwała dalej. Chcę wierzyć, że te pół minuty pomiędzy zażyciem trucizny a zorientowaniem się, że wszyscy wokół mają w dupie jego ostateczny krok, było dla niego najgorszą z możliwych kar. Dziesięć lat więzienia, dwadzieścia lat, dożywocie czy nawet kara śmierci - to wszystko byłoby dla takiego dziada niczym w porównaniu z tymi kilkudziesięcioma sekundami totalnego upokorzenia.

Aktor! Aktor!

zawiesina

Aktorem stajesz się dopiero po spektaklu, gdy dostajesz oklaski za zadanie, które wykonałeś, za ożywienie na scenie papierowej postaci. Gajos, Zapasiewicz, Krzysztof Majchrzak, Globisz to artyści.
(Eryk Lubos)

W Polsce, za sprawą beztroskiej działalności mediów, przyjęło się uważać, że aktor jako taki z definicji należy do elity i jest kimś wystającym dość wysoko ponad przeciętność masy. A jak jeszcze ten aktor, oprócz w telenowelach, udziela się też na deskach teatru, to już w ogóle jest autorytetem jak ta lala. Wywiad z zafrasowanym aktorem, który stawia niezwykle trafne diagnozy o Polsce - to już jest w naszym kraju osobny gatunek dziennikarski, obecny po obu stronach polityczno-medialnej barykady. Niedawno postanowił go udoskonalić tygodnik Newsweek, publikując wywiad z czwórką zafrasowanych aktorów mówiących na raz. Dowiedzieliśmy się z niego, że żydowskie dzieci w czasie okupacji jeździły tramwajami, a PiS to narodowcy. Czyż zatem nie warto wgłębiać się w te teksty, skoro można w nich odnaleźć zupełnie nowe doktryny historiozoficzne i politologiczne?

Otaczanie nimbem i przypisywanie specjalnych przymiotów grupie zawodowej, która żyje z gadania cudzym tekstem, ma również sprawiać wrażenie, że to, co dotyczy ich w skali mikro, znajduje swoje odzwierciedlenie w ogóle społeczeństwa. W teatrze nastąpiła taka oto sytuacja, że jeden wariat ubóstwiający Jaruzelskiego pokłócił się z drugą wariatką ubóstwiającą Kaczyńskiego, przez co prace nad przygotowywaną premierą zostały przerwane. Próbuje się nas przekonać, że w tej sytuacji jak w soczewce skupia się przechodzący przez Polskę podział. Tymczasem z analizy codzienności wynika, że stale stykamy się z ludźmi, z którymi kategorycznie różnimy się poglądami politycznymi - w pracy, na studiach, w rodzinie, w grupie przyjaciół. I nie tylko potrafimy o tym rozmawiać w sposób cywilizowany, ale przede wszystkim potrafimy rozmawiać na inne tematy. Najwyraźniej większość z nas stoi na wyższym poziomie intelektualnym niż Anna Chodakowska i Daniel Olbrychski. Co mnie jakoś specjalnie nie zdumiewa...

Warto zauważyć, że szczególną aktywność wśród aktorów frasobliwych wykazują ci, którym do wybitności aktorskiej daleko (czwórka z Newsweeka) lub tacy, o wybitności których zdążyliśmy już z dawna zapomnieć (Janda, J. Stuhr, Olbrychski). A ci naprawdę wybitni? Janusz Gajos nie ukrywa politycznych sympatii, był w komitecie poparcia Bronisława Komorowskiego, niedawno udzielił okołopolitycznego wywiadu Gazecie Wyborczej, ale zrobił to z właściwym sobie umiarem i kulturą. Jerzy Trela ograniczył się do udziału w filmiku pt. #NieOddamyWamKultury, który na judupie obejrzało 20 tysięcy osób. Andrzej Seweryn dzieli się ze światem swoimi poglądami, ale w obliczu jego ostatniej kozackiej roli filmowej, wszyscy mają to gdzieś. Największa jest zaś rzesza tych wielkich aktorów, którzy nigdy o swoich politycznych frustracjach lub radościach nie opowiadali - Władysław Kowalski, Krzysztof Stroiński, Stanisława Celińska, Krzysztof Majchrzak, Adam Ferency. Nie wspominając o najstarszej gwardii - Wojciech Pokora, Franciszek Pieczka czy Wiesław Gołas. Ale cóż, jeśli ktoś był (tak jak ten ostatni) torturowany w gestapowskim areszcie, to trudno się spodziewać, że teraz będzie się produkował, opowiadając, że w Polsce panuje faszyzm.

Takim wzorem aktora (czyli człowieka parającego się przecież wygłupianiem się), który nigdy się nie wygłupił, był dla mnie zawsze Krzysztof Globisz. W wywiadach nie zahaczał o politykę, mówił zaś rzeczy ważne i mądre. Jako profesor sztuk teatralnych skutecznie zgłosił swój akces do elity. Jego występy w Teatrze Telewizji zawsze były ucztą, zaś w filmie był jak Philip Seymour Hoffman: potrafił odcisnąć swoje piętno na filmach wybitnych (Krótki film o zabijaniu), z tytułów ledwie przeciętnych czynił całkiem dobre (Anioł w Krakowie), bezczelnie kradł ekran innym aktorom (Pan Tadeusz), a zdarzało mu się też, że swoim drobnym epizodem w filmie katastrofalnym sprawiał, że nie żałowało się czasu poświęconego na seans takiego gniota (Superprodukcja).

Dziś Globisz wraca na scenę, dwa i pół roku po ciężkim udarze. W poniedziałek obejrzałem w Lublinie sztukę Wieloryb. The Globe, która została napisana specjalnie dla niego przez Mateusza Pakułę. Powiem tak. Lublin obchodzi w tym roku 700. rocznicę nadania praw miejskich, w związku z czym w mieście planowane są szczególnie rozbuchane wydarzenia kulturalne. Wątpię jednak, by któreś z nich dorównało temu, co zobaczyłem.

wielorybtg_rys_kra_02

Idziesz na to przedstawienie pełen obaw. Czy nic złego się nie wydarzy? Czy nie będziesz się czuł nieswojo, patrząc na chorego człowieka na scenie? Czy temat nie zostanie podany w sposób zbyt pompatyczny? Nic z tych rzeczy. Kiedy zapalą się światła i ucichną już burzliwe oklaski, przesuniesz wzrokiem po zaczerwienionych oczach innych widzów i wiesz już, że nie tylko ty przeżyłeś to tak mocno.

Nie ma w tym spektaklu żerowania na nieszczęściu chorego aktora. Przecież odpowiadają za niego uczniowie i - jak możemy się na własne oczy przekonać - przyjaciele Globisza. W jego każdym geście i uśmiechu widać, że ten facet został stworzony dla sceny. Że przebywanie na deskach, nawet w takim stanie zdrowia, sprawia mu niewypowiedzianą radość. Że aktorstwo jest jego sensem życia. Droga, jaką przebył przez ostatnie lata, zwieńczona tym wspaniałym przedstawieniem, jest niematerialnym pomnikiem wzniesionym na cześć człowieczeństwa. Istnym triumfem woli, można by powiedzieć, gdyby te słowa nie kojarzyły się tak parszywie.

Że ciężko chory Globisz okaże się lepszym aktorem niż większość tych, których znamy z ekranów, specjalnie mnie nie zdziwiło. Zdumiał mnie natomiast fakt, że Wieloryb. The Globe okazał się pełnowymiarową sztuką, która nie skupia się jedynie na swoim głównym bohaterze. Jest taki moment w spektaklu, kiedy prym wiodą towarzyszące mu aktorki, opowiadając to o swojej ciąży czy o pragnieniu posiadania dzieci. Globisz siedzi wtedy w kącie i grzecznie czeka na swoją kolej. Na kilka ładnych chwil zupełnie o nim zapominamy i po prostu oglądamy inne wydarzenia na scenie. Krakowski aktor nie jest tu więc jakimś dziwadłem, który ma przyciągać uwagę widza, ale jedną z części przedstawienia. Zupełna norma dla człowieka wykonującego ten zawód.

Bilety na ten występ kosztowały 50 złotych. Czuję się dziwnie, że za taki kawał emocji zapłaciłem tak niewielką kwotę. Zupełnie jakbym wyciągał komuś pieniądze z kieszeni. Jeśli się wam uda, to idźcie na Wieloryb. The Globe, popatrzcie na Krzysztofa Globisza, Martę Ledwoń i Zuzannę Skolias. Wtedy zobaczycie na czym polega prawdziwe aktorstwo i na pewno nie pomylicie go już ze zwyczajnym pajacowaniem.

© Zawiesina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci