|
czwartek, 18 marca 2010
Prawda czasu, prawda ekranu
"Gwiazdy tańczą na lodzie" jest także programem misyjnym, bo przecież zachęca do nauki jazdy na łyżwach. W ostatnią sobotę na antenie Polsatu zadebiutował nowy show - Tylko nas dwoje. Formuła programu jest prosta. Przed trzyosobowym jury występują duety złożone z jednego wokalnego zawodowca i jednego wokalnego amatora. Zadaniem par jest udowodnienie, że mistrz potrafi nauczyć śpiewać, zaś uczeń potrafi nauczyć się śpiewać. Występy są oceniane przez jurorów, ale o tym kto odpada z programu i tak decydują widzowie drogą głosowania esemesowego. W jury nowego programu zasiadają Irena Santor, Tomasz Karolak i Doda Elektroda. Wśród uczestników mamy takie pary jak: Małgorzata Ostrowska & Grzegorz Halama, Żona Wiśniewskiego & Mariusz Pudzianowski czy też Stach Urski & Krystyna Czubówna. Jak wszyscy wiemy, to nie pierwszy telewizyjny show polegający na takiej formule. Wcześniej zawodowi tancerze uczyli tańczyć zawodowych nietancerzy. Specjaliści od łyżew uczyli... hmm, poruszać się na łyżwach... hmm, jakichś ludzi. W międzyczasie nawet była jakaś nieudana próba z cyrkowcami. Nikt jednak nie podjął się jeszcze próby realizacji programu, który zapewne popularnością przebiłby wszystkie powyższe. Pomysł podrzucił mi mój brat, zaś ja go tylko z lekka rozbudowałem. Program nosiłby tytuł Jak oni się upijają. Zasady programu analogiczne do przytoczonych wcześniej. Grupa mistrzów tematu uczy fachu grupę kompletnych amatorów. Nie wiem czy w szeroko pojętym szołbiznesie znalazłyby się osoby, które jeszcze pić nie umieją. Sądzę jednak, że tę zwyczajową dziesiątkę albo dwunastkę udałoby się uszpyrlać. Tymczasem wśród mistrzów mamy aż nadmiar bogactwa. Możemy przebierać wśród osób, które zajmują się rozrywką, kulturą, sztuką (Tomasz Stockinger, Krzysztof Materna, Marcin Świetlicki, Kazik Staszewski), polityką (Mirosław Orzechowski, Aleksander Kwaśniewski) czy nawet sportem (Janusz Wójcik). Problemem byłoby silnie zmaskulinizowane towarzystwo - dla równowagi zaproponować mogę jedynie Izabelę Trojanowską. Jury składałoby się z niekwestionowanych tuzów. W jego skład weszliby bowiem Michnik Adam, Olbrychski Daniel i Pilch Jerzy. Któż z nas nie marzy o pochwale z ust naczelnego Gazety Wyborczej? Kto nie chciałby, by jego zdolności docenił jeden z najwybitniejszych polskich aktorów tudzież jeden z najwybitniejszych polskich prozaików? Uznanie w oczach któregoś z tych trzech dżentelmenów oznaczałoby natychmiastową nobilitację towarzyską. Co więcej, nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z prawdziwymi znawcami tematu. Bo co, kruca bomba, ma wspólnego Szaranowicz z łyżwami, Karolak ze śpiewaniem, Wodecki z oberkiem? Każdy odcinek programu miałby inny temat przewodni. Wyliczać można w nieskończoność. Picie na smutno. Picie na agresywnie. Pijackie amory. Jazda po półlitrze. Mieszanie alkoholu. Pijackie śpiewy. Udawanie trzeźwego. A w wielkim finale najlepsza trójka zmierzyłaby się w piciu na umór. Kto ostatni padnie - wygrywa. Ktoś ma wątpliwości co do korzyści, które moga płynąć z programu? Postaram się je rozwiać. 1) Ogromna oglądalność Jak oni się upijają sprawi, że reklamodawcy będą walić drzwiami i oknami, co korzystnie wpłynie na finanse Telewizji Polskiej. Działowi kreatywnemu TVP pod rozwagę. Na zdrowie!
niedziela, 14 marca 2010
Die die die, my darling!
Śmierć to nieprzyjemna formalność, ale za to przyjmuje się wszystkich kandydatów. Trzy koszmary senne to stanowczo za wiele jak na jedną noc. Twierdzę nawet, że takie trzy koszmary to byłoby za dużo jak na trzy noce, a może nawet i trzydzieści. A mnie dopadły jednej nocy, co zrodziło we mnie wiele myśli niezabawnych i poważnych jak najbardziej. Co gorsza, koszmary te ułożyły się od najmniej koszmarnego, by na końcu uraczyć mnie czymś naprawdę przerażającym. Koszmar pierwszy - rozpadły mi się okulary. I nie ma to tamto, przecież to koszmar jak ta lala, a jeśli ktoś twierdzi inaczej, znaczy to pewnie, że nigdy nie nosił okularów. Wszak okulary to dobro najcenniejsze. To o nie najczęściej pytamy. Nie żadne tam Gdzie się podziały tamte prywatki? czy Gdzie się podziały moje daktyle?, tylko właśnie Gdzie są [tu odpowiedni przerywnik - przyp. Z.] moje okulary? To przecież okularów szukamy najintensywniej po każdym całonocnym praktykowaniu staropolskiego obrzędu wódu. I kamień spada nam z serca, kiedy w końcu je znajdujemy. A mnie okulary w koszmarze się rozpadły. Po prostu. Obudziłem się w środku nocy, z radością odnotowując, że to jednak tylko sen. Przewróciłem się na drugi bok, przekonany, że dalej będzie już tylko lepiej. Ale było gorzej. Nadszedł oto bowiem koszmar drugi. Śniło mi się, że musiałem być na wiecu, na którym przemawiali po sobie Janusz Korwin-Mikke i Bronisław Komorowski. A może kolejność wystąpień była odwrotna? Nie wiem, nie pamiętam, z tej koszmarności wszystko mi się już pomieszało. Jednak muszę przyznać, że po przebudzeniu nie przyszło mi nawet do głowy, że to już drugi koszmar tej nocy. Nie przyszło, ponieważ ten drugi w skali koszmarności można porównać do Evil Dead Sama Raimi. Czyli co prawda nie za bardzo chcielibyśmy doświadczyć tej sytuacji w świecie rzeczywistym, ale powierzchownie jest ona w sumie śmieszna. Ale oto nadszedł trzeci sen, który stał się przyczynkiem do stworzenia tego wpisu. Przebywałem w jakimś pokoju. Oprócz mnie znajdowała się w nim dwójka moich znajomych. Oni siedzieli przy komputerze, zaś ja siedziałem na łóżku, przykryty grubą puchową kołdrą. Spoglądam na znajomych, a oni w tym samym momencie spoglądają na drzwi. Na ich twarzach maluje się przerażenie. Z ust kolegi słyszę pełne grozy i zrezygnowania zdanie To już koniec. Odwracam wzrok i spostrzegam, że przede mną stoi postać w czerni. Żaden fantastyczny stwór, normalny człowiek (wręcz kobieta!) w stuprocentowo czarnym odzieniu. W dłoni dzierży pistolet przyopatrzony w tłumik. Mierzy we mnie. Pierwszy strzał trafia mnie w kolano. Przeszywający ból, mimo że to tylko sen. Łupem drugiego pocisku pada już klatka piersiowa. Zaczynam się dusić, a przed oczami pojawia się ciemność. Śmierć jest nieunikniona. Budzi mnie własny krzyk. Mnie i wszystkich w domu. To najbardziej realistyczny sen jaki mi się kiedykolwiek przytrafił. Utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że śmierci boję się jak cholera. Kogokolwiek miałaby dotyczyć - mnie czy nie mnie. Im bliżej, tym straszniejsza. Słyszane zewsząd quasi-szlachetne gadki, że nie boję się śmierci swojej, boję się tylko śmierci bliskich, zbywam machnięciem ręką. Jeśli ktoś twierdzi, że nie boi się swojej śmierci, musi być człowiekiem bardzo oddanym religii lub powinien czym prędzej się przebadać. Oczywiście jedno nie wyklucza drugiego. Dlaczego o tym piszę? Bo śmierć się zdewaluowała. Na każdym kroku z niej żartujemy. I dobrze, przecież to forma obrony. Jeśli się czegoś boimy, najlepiej to obśmiać. Sam tę metodę stosuję, toteż lwia część moich żartów w jakiś sposób zahacza o tematy ostateczne i to czasem w sposób nieprzyzwoicie dosłowny. We wszelkiego rodzaju tekstach kultury śmierć nie jest tak straszna jak w rzeczywistości. Chyba nie spodziewamy się, że któregoś dnia przyjdzie do nas bardzo chuda postać mierząca siedem stóp i powie TO JUŻ KONIEC, a my powiemy Nie, jeszcze nie chcę, a ona (a właściwie ON) powie TAM BĘDZIE CI LEPIEJ, a my powiemy Naprawdę?, a ON powie NAPRAWDĘ i odetchniemy z ulgą i będzie fajnie. W Szklanej pułapce zbiry wtargnęły do hotelu, a jeden z nich z miejsca zastrzelił portiera. W ogóle się nad tym nie zastanawiamy. Że ten portier był człowiekiem i jego śmierć to tragedia. Liczy się akcja. Spoglądam na listę moich ulubionych filmów. Spośród czterdziestu tytułów, tylko w ośmiu nikt nie umiera. Czyli w trzydziestu dwóch umiera. Lecz prawdziwą grozę, grozę na jaką śmierć zasługuje, budzi to jedynie w trzech z tych filmów. Nie wiem do czego zmierzam, ale chyba do apelu, byśmy inaczej podchodzili do umierania. Może nie z większą powagą, ale z większą pokorą. A po drugie, mam nadzieję, że na świecie jednak jest jakaś sprawiedliwość i ci, którzy śmierci się boją, będą jej unikać jak najdłużej. Czego sobie - i nie wiem czy Państwu - życzę.
czwartek, 04 marca 2010
And the loser is...
Gust jest jak tyłek. Każdy ma swój. No właśnie. Tylko dlaczego tak często gust Akademii Filmowej w ogóle nie rymuje się z moim? Co prawda jakości moich ulubionych filmów nie obniża fakt, że nie dostały one Oscara w tej czy innej kategorii. Ale cały czas mam wrażenie, że dzieje się jakaś wielka dziejowa niesprawiedliwość. Dlatego poniżej zamanifestuję swoje niezadowolenie i przedstawię wykaz - moim zdaniem - największych oscarowych pomyłek w dziejach. Licząc po cichu, że uda mi się kogoś zezłościć. Zaczyna się od 1958 roku*. Wtedy to wszystkie statuetki zgarnia Most na rzece Kwai Davida Leana. I w sumie słusznie, bo to wielkie dzieło. Ja co prawda wolałbym, żeby tryumfowało Dwunastu gniewnych ludzi, ale nie mam się do czego przyczepić. Po prostu film Sidneya Lumeta miał pecha, że trafił na tak silną konkurencję. Za prawdziwy skandal uważam jednak całkowite pominięcie w nominacjach arcydzieła Stanleya Kubricka, jego najlepszego filmu - Ścieżki chwały. Niestety, wskutek ignorancji Akademii ten wstrząsający antywojenny obraz nie odnalazł nawet należnego mu miejsca w panteonie najbardziej uznanych filmów reżysera. W 1962 roku nagrodę za najlepszy film otrzymało West Side Story Roberta Wise'a i Jerome'a Robbinsa. Tymczasem wśród nominowanych smakiem musiał obejść się pełnokrwisty dramat Roberta Rossena, Bilardzista. Może taka, a nie inna decyzja nie była dziwna wtedy. Ale patrząc z perspektywy dnia dzisiejszego, musicalowa wersja Romea i Julii wydaje się straszliwą ramotą. Tego, że w 1965 nominowany w wielu kategoriach Dr Strangelove Kubricka nie otrzymał żadnego Oscara, nie uważam nawet za skandal. Bo czy ktoś myślał, że Akademia będzie miała jaja, by nagrodzić taki film, a nie My Fair Lady? Rok 1969 to prawie całkowite pominięcie w nominacjach Dziecka Rosemary Romana Polańskiego (z wyjątkiem zwycięskiej Ruth Gordon za rolę drugoplanową oraz niezwycięskiego Romka za scenariusz adaptowany). Już nawet nie psioczę na brak nominacji za najlepszy film czy reżyserię. Ale wyróżnienie Krzysztofa Komedy za muzykę z dzisiejszej perspektywy wydaje się jakimś gargantuicznym nieporozumieniem. Powinien być Oscar, a nie było nawet nominacji. W roku 1970 Oscar za najlepszy film przypadł Nocnemu kowbojowi Johna Schlesingera. Wybór bardzo udany, choć ja osobiście wolałbym, by zwyciężył Butch Cassidy and the Sundance Kid George'a Roya Hilla. Nieporozumieniem jest jednak brak wśród piątki nominowanych dzieła życia Sydneya Pollacka - Czyż nie dobija się koni?, podczas gdy znalazła się tam Anna tysiąca dni (pamięta to ktoś dziś?). W roku 1971 statuetkę za najlepszą piosenkę otrzymała ckliwa pościelówa For All We Know z filmu Zakochani i inni. Tymczasem nawet wśród nominowanych nie znalazła się kompozycja Johnny'ego Mandela ze słowami Mike'a Altmana, Suicide Is Painless z filmu MASH. Bez komentarza. Rok 1973. Wielki (i zasłużony) tryumf Ojca chrzestnego Coppoli zakłóca jeden zgrzyt. Marlon Brando otrzymał nominację (i Oscara) za najlepszą rolę pierwszoplanową, zaś Al Pacino za rolę drugoplanową. Albo powinno być na odwrót albo szacowna Akademia oglądała inny film niż ja. Największym cieniem na renomie Akademii Filmowej kładzie się moim zdaniem rok 1975. Wtedy to nagrody za najlepszy film i reżyserię zgarnął Ojciec chrzestny II, czyli po prostu ten sam film nakręcony jeszcze raz po dwóch latach, tylko że bardziej. Nie twierdzę, że ten sequel to zły film, wręcz przeciwnie. W zestawieniu z oryginałem nie wnosi jednak nic nowego. Gremium przyznające Oscary pokazało, że liczy się dla nich wtórność, a nie świeżość. A świeżość stanowiły dwa arcyfilmy (Chinatown Polańskiego i Rozmowa Coppoli) oraz jeden obraz prawdziwie rewelacyjny (Lenny Fosse'a). Całkowitej klęsce Chinatown (11 nominacji) zapobiegł jeden tylko Oscar za scenariusz. Rozmowa i Lenny nie otrzymały żadnej nagrody. Osobną historią jest rostrzygnięcie w kategorii najlepszy aktor pierwszoplanowy. Nie wybitny Dustin Hoffman za Lenny'ego. Nawet nie Jack Nicholson za Chinatown. Ale... Art Carney za film Harry i Tonto. W roku 1977 zanosiło się na ostrą rywalizację Wszystkich ludzi prezydenta, Sieci i Taksówkarza. Wszyscy ludzie prezydenta zdobyli cztery statuetki (aktor drugoplanowy, dźwięk, scnariusz adaptowany, scenografia). Sieć tyle samo (pozostałe nagrody aktorskie i scenariusz oryginalny). Taksówkarz bez nagród. Tymczasem za najlepszy film i reżyserię Oscary wziął... Rocky. Co - nawiązując do tematyki filmu Pakuli - uważam za aferę porównywalną z Watergate. W roku 1980 w najważniejszych kategoriach (film, reżyseria) tryumfował cukierkowato-mdły dramat Sprawa Kramerów, który dziś z powodzeniem telewizyjna jedynka mogłaby puszczać w cyklu Okruchy życia. W pokonanym polu pozostał Bob Fosse ze swoim musicalem totalnym, czyli filmem Cały ten zgiełk. Smakiem musiał obejść się również Roy Scheider, jedynie nominowany za najlepszą rolę w tymże filmie. W roku 1987 Oscara za najlepszą muzykę nie dostał Ennio Morricone za film Misja. Powtórzę, bo może nie do wszystkich dotarło. W roku 1987 Oscara za najlepszą muzykę nie dostał Ennio Morricone za film Misja. Rok 2001 to tryumf Gladiatora. I choć film niespecjalny, to się nie czepiam, bo i posucha była wśród pozostałych nominacji. Ale na jakiej podstawie Russell Crowe (Gladiator) pokonał Toma Hanksa (Cast Away), tego już nie rozumiem. To zwycięstwo chyba odebrało Russellowi w pełni zasłużonego Oscara w 2002 roku za Piękny umysł. Tym razem nagrodzony został Denzel Washington za rolę w filmie nijak nienoszącym znamion dzieła oscarowego (Dzień próby). I nawet jeśli Akademia miała rok dobroci dla kolorowych (tak twierdziły później media), to Oscara powinien dostać raczej Will Smith za rolę w filmie Ali. W 2005 roku jawnie skrzywdzony został Paul Giamatti, który swoim szalonym występem w filmie Bezdroża nie wdarł się nawet do piątki nominowanych aktorów. Wdarł się za to Johhny Depp z wybitnie nijaką rolą w równie wybitnie nijakim Marzycielu. Co prawda Jamie Foxx był w tym roku poza konkurencją, ale nominacje też się liczną, cnie? Rok 2006 to kolejne nieporozumienie w kategorii aktorskiej. Statuetkę za fakt zagrania geja zgarnął Philip Seymour-Hoffman, a powinien był to uczynić Joaquin Phoenix, który w Spacerze po linie nie tyle zagrał Johnny'ego Casha, co po prostu się nim stał. Najmniej śmiesznym dowcipem w historii Akademii Filmowej było przyznanie w 2007 roku Oscara za montaż Infiltracji, która jest najgorzej zmontowanym filmem w dorobku Martina Scorsese. Dla niezorientowanych dodam, że sformułowanie najgorzej zmontowany film w dorobku Martina Scorsese jest sformułowaniem o równie ciężkim gatunku poznawczym co na przykład najgorszy mecz Zbigniewa Bońka jako selekcjonera reprezentacji Polski. W roku 2008 za najlepszy film uznano To nie jest kraj dla starych ludzi Coenów. Wśród nominowanych znalazł się obraz Paula Thomasa Andersona, Aż poleje się krew. Ten ciężki, monumentalny i przerażający film jest nie tylko arcydziełem samym w sobie, ale i majstersztykiem realizacyjnym. To według mnie jedyny wybitny film jaki powstał w USA w XXI wieku. Spokojnie można go postawić na półce obok Obywatela Kane'a. Tymczasem Coenowie nakręcili po prostu jeszcze raz swój pierwszy film, Śmiertelnie proste. Trochę tylko lepiej wyreżyserowany i zagrany. W roku 2009 żaden z nominowanych filmów nie zasłużył na statuetkę w najważniejszej kategorii. Zasłużył za to Frank Langella rolą w filmie Frost/Nixon. Niestety, wygrał Sean Penn dzięki roli w filmie Milk. Oglądałem niedawno dokument o Milku i okazuje się, że Penn był w swojej roli jeszcze bardziej manieryczny niż Harvey w rzeczywistości. Ale w sumie należało się spodziewać, że w oczach Akademii większe uznanie zyska rola sympatycznego homoseksualisty niż znienawidzonego, gburowatego prezydenta. W charakterze dopełnienia, słówko o tegorocznych nominacjach. Żaden z dziesięciu (!) nominowanych w najważniejszej kategorii filmów nawet nie zachęca mnie, bym go obejrzał. Akademia przebierała jak w ulęgałkach, żeby tylko uszpyrlać dziesiątkę (stąd obecność w niej choćby najnowszego kupala pana QT), a przed nosem mieli przecież kawałek, który spełnia wszelkie kryteria oscarowości. Mam na myśli film Watchmen Zacka Snydera. Ani jeden nominacji! Nie tylko dla najlepszego filmu, ale i za zdjęcia, montaż, dźwięk, efekty specjalne. Każe to coraz mniej poważnie podchodzić do Oscarów. Avatar sratar. ----- * - Podaję lata, w których wręczano statuetki, a nie lata, za które je wręczano.
poniedziałek, 01 marca 2010
Powrót Króla
I knew the moment had arrived Zawiesina wraca po ponad trzech tygodniach, a Roman Polański wraca po ponad czterech latach. Na kogo czekaliście bardziej? Bo ja na Romka. I nie zawiodłem się. Najnowszy film reżysera, Ghost Writer klimatem najbardziej zbliżony jest do Frantica. Różnica jest jednak taka, że po obejrzeniu filmu z Harrisonem Fordem byłem przytłoczony i zmęczony panującą w nim atmosferą. Po seansie nowego filmu Polańskiego gotowy byłem natychmiast zakrzyknąć Ej, puśćcie to jeszcze raz! I nie wiem która z tych rzeczy jest wadą, a która zaletą. Wiem tylko, że Ghost Writer przesądza o tym, iż Polański jest najsprawniejszym narratorem spośród żyjących reżyserów. Sposób w jaki buduje napięcie najprostszymi środkami jest dziś nieosiągalny dla nikogo innego. Z trwającej prawie dwie minuty sceny, w której grupa ludzi podaje sobie kartkę papieru, potrafi Polański uczynić tykającą bombę emocji. Myślę, że Hitchcock tego filmu by się nie powstydził. Polański przebija jednak Hitcha ostatnią sceną. To co w filmie uważanym za najlepszy w dorobku Alfreda budziło uśmiech politowania, u Romka również trąci groteską, ale i prawdziwie przeraża. Jak nazwać Ghost Writera pod względem technicznym? Majstersztyk czy solidne rzemiosło? Coś pomiędzy. Zdjęcia, montaż i dźwięk miał Polański równie bezbłędne tylko w Chinatown i Pianiście. Osobną historią jest muzyka Alexandre'a Desplata, która swoją transowością nawiązuje do dzieł Komedy z Cul-de-sac czy Morricone z Frantica. Żadnych bombastycznych kompozycji,a jedynie popieranie toczącej się akcji delikatnymi muśnięciami czasem trudnych do zidentyfikowania instrumentów. Aktorstwo nie powala, ale i w żaden sposób nie mierzi. Główny bohater jest - jak na film Polańskiego - dość płaski psychologicznie, zatem Ewan McGregor nie miał zbyt dużego pola do popisu. Pierce Brosnan zerwał skutecznie z wizerunkiem Bonda, a Tom Wilkinson potwierdził swoją wysoką klasę rolą przypominającą nieco Romana Casteveta z Dziecka Rosemary. Nawet pojawiający się w epizodzie James Belushi nie wygląda jak pajac. Osobą, która jednoznacznie się wybija jest jednak Olivia Williams. Jej rola jest najlepiej napisaną w całym filmie, co pozwoliło aktorce stworzyć kreację wybitną. Jeśli była dziewczyna Radka Sikorskiego nie otrzyma za rok nominacji do Oscara, będzie skandal. A zatem czy Ghost Writer ma jakieś słabe punkty? Oczywiście. Pierwszym z nich jest tytułowy bohater. Jego zachowanie chwilami irytuje. Co chwila znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie, a mimo to zgrywa luzaka. Zupełnie jak Cary Grant w filmie Północ - północny zachód. Skądinąd to świetny film, ale stylistycznie od Ghost Writera odmienny. Co więcej, decyzja scenarzystów o nienadawaniu tożsamości głównemu bohaterowi tworzy na ekranie sytuacje zgoła nienaturalne. Drugim poważnym mankamentem jest taplanie się w politycznej dosłowności. Harris z Polańskim mogą opowiadać co chcą, ale i tak wiadomo, że Adam Lang to Tony Blair, a Hatherton to Halliburton. Wszystkie te odniesienia z pewnością nie sprzyjają uniwersalizmowi filmu. Summa summarum, Ghost Writer to świetny, trzymający za gardło thriller, który - mimo ponad dwóch godzin - mija jak pstryknięcie palcem. A co ważne, nie ma ambicji, by być czymś więcej. Nie jest zatem napuszony. Jeśli zaś przyjąć, że ostatnie pięć filmów Polańskiego to sinusoida (kapitalna Śmierć i dziewczyna, najgorsze w dorobku Dziewiąte wrota, wybitny Pianista, ledwie poprawny Oliver Twist, rewelacyjny Ghost Writer), to wychodzi na to, że następny film Romka powinien zawieść. Ale jak wiemy, każda passa się kiedyś kończy. Trzymam kciuki. 8/10 PS. Nie wiem kto odpowiada za tłumaczenie dialogów w Ghost Writerze. Ale fakt, że zwrot polish her nails przetłumaczył jako wypolerować paznokcie, dobitnie dowodzi, że nie powinien za nie odpowiadać.
niedziela, 07 lutego 2010
Piękny, bezsensowny film
Po co jest ten miś? No właśnie! Nikt nie wie po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Szczerze (i z bólem) powiem, że takie pytanie można zadać również w stosunku do ostatniego filmu Terry'ego Gilliama, The Imaginarium of Doctor Parnassus. Co prawda, tytuł ten powoli zwija się już z naszych ekranów (albo już to uczynił), ale z tego co pamiętam (a pamiętam dobrze), dokładnie dwadzieścia trzy miesiące temu zobowiązałem się do podzielenia się swoimi uwagami na temat najnowszego dzieła jednego z moich ulubionych reżyserów. Przystąpmy więc do adremu, czyli do rzeczy. Prosto z mostu. Terry Gilliam nad tym filmem nie zapanował. Parnassus trwa dwie godziny, a pomysłów w nim na godzin dziesięć, więc każdy z nich jest ledwie liźnięty. Właściwie nie wiem jak to możliwe, żeby film o tak szalonym tempie potrafił tak bardzo... nie, nie znudzić. Zmęczyć. Po seansie wychodzisz po prostu wymiętolony i ani w głowie ci zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę chciał nam przekazać reżyser (coś chciał?). Ale w czym tak naprawdę tkwi słabość Parnassusa? Gilliam za bardzo dał się ponieść swojej gargantuicznej wyobraźni, na czym musiała ucierpieć fabuła. Bo zaczyna się dość obiecująco. Oto trupa wędrownych aktorów jeździ po współczesnym Londynie, pokazując swoje przedstawienie, którego tak po prawdzie nikt nie chce oglądać. I już w samej opisanej powyżej sytuacji tkwi fabularny potencjał. Można było się spodziewać, że Gilliam zestawi swoich niedzisiejszych wariatów z bezwzględnością współczesnego świata, tak jak zrobił to w świetnym filmie Fisher King. Niestety (niestety dla filmu), nasi bohaterowie dysponują czarodziejskim lustrem, po przejściu przez które przenosimy się do świata marzeń. W marzeniach jak wiemy może dziać się wszystko, toteż zwierciadło jest dla reżysera legitymizacją do pokazywania wszystkiego. Po prostu i bez sensu. Klasyczny przykład gilliamowego strumienia świadomości. Stara baba, która zaprasza pod sukienkę rosyjskich mafiosów. Grupa tańczących i śpiewających konstabli w rajstopach (zupełnie jakby reżyser chciał krzyknąć: Patrzcie, to ja jestem tym facetem, który kiedyś był w Monty Pythonie). A na koniec Waits tańczący z Lily Cole na zupełnie czarnym tle (choć ostatnie dobre jego wykorzystanie widziałem w tej fenomenalnej kreskówce). I wszystko to wygląda naprawdę bardzo ładnie. Nie wiem tylko po co. Co prawda w wielu wywiadach prasowych, które poprzedziły polską premierę, Gilliam opowiadał jaki jest sens filmu. Ale sztuka powinna obronić się sama, panie reżyserzu. Tym co w Parnassusie mi się najbardziej podoba, jest aktorstwo. Heath Ledger jest wspaniały, ale chyba akurat on nie musiał niczego udowadniać. Podobnie Christopher Plummer. Tom Waits zagrał dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Jednak najwięcej radości sprawiają młodzi - Andrew Garfield i Lily Cole* są naprawdę bardzo zdolni i w Parnassusie to udowodnili. Inną parą kaloszy są trzej gwiazdorzy, którzy w alarmowej sytuacji zastąpili Ledgera. Johnny Depp i Jude Law pojawiają się raptem na pięć minut i nie mają absolutnie nic do grania. Co innego Colin Farrell. Jego epizod jest bardziej rozbudowany, dzięki czemu Farrell mógł stworzyć prawdziwą aktorską perełkę, dorównując przedwcześnie zmarłemu Australijczykowi. Nie wiem czy wcześniej Colin nie miał okazji zaprezentować swojego talentu, czy po prostu zadziałał mechanizm pod tytułem dobry reżyser potrafi zrobić dobrego aktora z każdego (że potrafi to Gilliam nie mam wątpliwości; patrz casus Bruce'a Willisa w 12 małpach). Tak czy inaczej Farrell wymiótł do tego stopnia, że jedyny mój niekontrolowany wybuch śmiechu w czasie seansu był właśnie jego zasługą (oprócz mnie nikt się przy tej scenie nie śmiał; może to ja jestem nienormalny). Oprócz tego do plusów filmu Gilliama możemy zaliczyć bardzo przyjemną oprawę wizualną i niepowtarzalną gdzie indziej okazję do usłyszenia Toma Waitsa, który wypowiada zdanie You shouldn't drink. Całość jednak może spodobać się fanom gilliamowskich Przygód Barona Munchausena. Ja się do nich nie zaliczam, aczkolwiek żałuję, że tamten film nie powstał dziś - bo to w sumie przyjemna opowieść i gdyby była poparta takim rozmachem jak Parnassus, na pewno położyłaby go na łopatki. Na razie pozostaje mi wysnuć smutny wniosek, że w XXI wieku Terry Gilliam poszedł drogą Tima Burtona i zaczął robić filmy, które zadowalają głównie jego samego. Różnica polega na tym, że Burton zrobił w ostatniej dekadzie jeden wspaniały film (Big Fish), zaś Gilliamowi się to nie udało. Bo choć Parnassus sprawia nieco lepsze wrażenie niż Nieustraszeni bracia Grimm i Kraina traw (przynajmniej w czasie seansu nie zerkałem co chwila na zegarek, jak to było w dwóch poprzednich przypadkach), to jednak do klasycznych dzieł mistrza (12 małp, Fisher King, Brazil) nawet nie ma ambicji startować. Jeśli Gilliam nie odzyska formy przy opowieści o Don Kichocie, to nie wiem czy odzyska kiedykolwiek. I tu się kończy recenzja (czy jakkolwiek to nazwiemy). W charakterze post scriptum wrzucę jeszcze jeden kamyczek do ogródka polskich dystrybutorów. Otóż wygląda na to, że pan, który był odpowiedzialny za wspaniały polski podtytuł (Człowiek, który oszukał diabła) nie zadał sobie nawet trudu, żeby Parnassusa obejrzeć. Gdyż tytułowy bohater wcale diabła nie oszukał i podtytuł pasuje do całości jak pięść do nosa (nie, nie zdradziłem żadnej ważnej tajemnicy fabuły). Co gorsza, nowy film Romana Polańskiego The Ghostwriter wejdzie na polskie ekrany pod fatalnym tytułem Autor Widmo. Kiedy to zobaczyłem, wicięta opadły mi ze świstem. Następnie dowiedziałem się, że ten wieśniacki tytuł zaproponował sam Polański. Jeśli to prawda, to są dwie możliwości. Albo Romek przez całą tę aferę wokół swojego aresztowania, podupadł solidnie na zdrowiu psychicznym. Albo - co bardziej prawdopodobne - przez lata spędzone za granicą, stracił wyczucie co do tego, które rzeczy w języku polskim brzmią dobrze, a które źle. Autor Widmo brzmi źle. Tak czy inaczej, mojej recenzji z najnowszego dzieła Polańskiego spodziewajcie się wkrótce (mam nadzieję, że nie z takim opóźnieniem jak w przypadku Parnassusa, acz nie gwarantuję). Do zobaczenia. ----- * - ta pani o dość oryginalnej urodzie, w wersji dynamicznej (w tym przypadku na ekranie kinowym) wygląda o kilka nieb korzystniej niż w wersji statycznej (na zdjęciach czyli). |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
gg 3557713
zawiesina@gazeta.pl
Blogi czynne
Blogi nieczynne (?)
Obrazki
Tu zaglądam
Zawiesina skądinąd
|