|
środa, 25 stycznia 2012
O rzeź ty w cara!
Gość w dom, Pan Bóg kule nosi. (tak sobie właśnie wymyśliłem) Najnowszy film Romana Polańskiego odbieram na trzech płaszczyznach. Po pierwsze - co ten film mówi. A właściwie nie mówi, tylko krzyczy. I to krzyczy prosto w twarz, bez pardonu, nie uznając żadnych świętości i - by użyć kolokwializmu - jadąc po bandzie. Co chwila w trakcie seansu myślałem: Jak oni mogli? Lecz po chwili przychodziły zgoła inne myśli: Dobrze! Oby tak dalej! Nie dziwota, że Rzeź spodobała się na europejskich salonach, gdzie wymuskane panie i wymuskani panowie przy latte mogą udawać, że się zachwycają tym jak Romek inteligentnie się z nich podśmiechuje. Nic dziwnego również w tym, że film nie spodobał się w Ameryce, bo takie coś mógł nakręcić tylko ktoś mający to towarzystwo w poważaniu i posiadający tytułem tego status pain in Hollywood's ass. Trzeba jednak przyznać, że to drugie podejście jest przynajmniej uczciwe. Cytowanie Gogola w kontekście nowego Polańskiego jest już nudne i banalne. Mnie interesuje co innego. Otóż trudno przejść obok Rzezi obojętnie. Każdy będzie komuś kibicował, każdy czymś się oburzy, zniesmaczy lub ucieszy. Zmiana frontów pomiędzy bohaterami została nakreślona tak sprawnie, że trudno się tak naprawdę zorientować kiedy następuje. Zdecydowanie najwięcej uciechy przyniósł mi fragment kobiety vs. mężczyźni. Tymi kilkunastoma minutami Reza z Polańskim podważyli sens kręcenia takich filmów jak Baby są jakieś inne, bo powiedzieli znacznie więcej i znacznie zgrabniej. Można oczywiście słuchać krytyków, którzy ogłaszają, że to film o nas samych. Że śmiejemy się, ale śmiech zamiera na ustach. I tego rodzaju bzdety. Ale czyż mieliśmy przed Rzezią jakieś złudzenia co do tego czy ludzie są fajni? Ja nie miałem. Jeśli ktoś miał, może będzie to dla niego film odkrywczy. Dla mnie był przede wszystkim nieskrępowaną rozrywką. Bo jak się czegoś nie da zmienić, to należy to obśmiać. A z tego zadania dwójka Raza i Polański wywiązali się wzorowo. Po drugie - jak ten film jest zrobiony. Od dawna wiadomo, że Polański jest mistrzem historii dziejących się na małych przestrzeniach (Nóż w wodzie, Matnia, trylogia kamieniczna, Śmierć i dziewczyna). I że wychodzenie poza ten schemat - nie licząc Chinatown - nie wychodzi reżyserowi na zdrowie (Co?, Dziewiąte wrota, Oliver Twist). Ale to co Polański zrobił w Rzezi jest wręcz bezczelnością, perfidną manifestacją reżyserskiego kunsztu, którego nikt z żyjących twórców nie posiadł (a z nieżyjących? Lumet, Altman, Kubrick?). Polański jest jak Makgajwer, wystarczy dać mu ekipę, aktorów i jakieś miejsce, to on zrobi film. Zarzuty o zbytnią teatralność Rzezi można wyrzucić do kosza. Bo cóż to za zarzut? Równie dobrze można czepiać się, że film się dzieje w ogrodzie, w samolocie albo w lesie. Tu się dzieje w mieszkaniu i tyle. Ani to wada, ani zaleta. Jakoś Dwunastu gniewnych ludzi wszystkim się (słusznie) podoba. ![]() Co innego jednak umieścić akcję w pokoju, a co innego nie zanudzić tym widza. Polański jest reżyserem o tyle oryginalnym, że właściwie wszystkie jego filmy są nudne. Ale tylko na początku, bo jak nudne w pewnym momencie być przestają, to już nie puszczają. W Rzezi jest to podniesione do kwadratu. Pierwsze minuty zwiastują katastrofę, mościsz się niecierpliwie w fotelu i wszystko cię irytuje. Ani się wszakże obejrzysz, a już jesteś w akcji, która jest tak intensywna, że film kończy się po dwóch mrugnięciach. I to charakterystyczne dla reżysera (znane choćby z Noża w wodzie czy Frantika) zamknięcie filmu w klamrze. Pierwsze i ostatnie ujęcie sugerują, że na pozór nic się nie zmieniło. Tymczasem zmienił się cały świat. Lecz w Rzezi, jak się okazuje, było to absolutnie niepotrzebne. Kapitalną robotę odwalił operator, Paweł Edelman. W tym pokoju pełnym luster (!) nie było to z pewnością łatwe. Oglądając spektakl teatralny, po prostu patrzylibyśmy na aktorów. Tutaj, jakkolwiek sztampowo to brzmi, jesteśmy w centrum wydarzeń, a aktorzy nas osaczają. Plus też za montaż (jedna dostrzegalna wpadka na osiemdziesięciominutowy gadany film!). Po trzecie - jak ten film jest zagrany. Z tym wiąże się największa frajda. Każdy pewnie ma swojego faworyta, ja obstaję przy stanowisku, że panowie zdystansowali swoje koleżanki. John C. Reilly najpierw kojarzy się z Fredem Flintstone'm, by przeistoczyć się w gościa, którego chętnie obśmiałby w swoim filmie Michael Moore. To on dostarcza nam najwięcej śmiechu. Ale show kradnie Christoph Waltz. Facet gra po prostu całym sobą. Każdy jego uśmiech, gest, mrugnięcie i to kapitalne przesunięcie nogą wiaderka po podłodze - to jest po prostu rola wybitna. Pewnie nie bez znaczenia jest to, że Waltz miał do zagrania rolę najmniej karykaturalną. Jako jedyny z bohaterów jest autentyczny, niezakłamany. I to właśnie jego Alan najczęściej mówi to, co chętnie powiedzieliby i widzowie. To na pewno jeden z tych filmów, który będę oglądał wielokrotnie, za każdym razem odkrywając nowe aktorskie smaczki (żeby nie było: Winslet i Foster też były w porządku, zwłaszcza piękny moment podziwiania albumu z reprodukcjami obrazów). Dobra, kończę. I mam nadzieję, że z Romanem Polańskim jeszcze z raz się w kinie spotkamy.
wtorek, 17 stycznia 2012
Mój tyłek
Nie nazywajmy nigdy, że szambo jest perfumerią. (Tadeusz Rydzyk) Odrabiając zaległości filmowe, obejrzałem Incepcję okrzykniętą arcydziełem kina popularnego. Mnie tam film nie porwał. Owszem, doceniam wizualną wirtuozerię i pomysłowość. Ale to po prostu kino nie dla mnie. Uważam wręcz, że Nolan zrobił kolejny film oparty na dość pustym koncepcie i nadął go do granic. Po seansie stwierdziłem, że ciekawszym i w ogóle lepszym filmem jest Raport mniejszości Spielberga. Pewnie sądzi tak promil populacji, która obejrzała oba te tytuły. Ale cóż. I ta konstatacja powiodła mnie do wypisania mało popularnych i dla wielu pewnie niezrozumiałych tez z dziedziny filmu. 1408 jest jedną z lepszych ekranizacji prozy Stephena Kinga. / Marek Koterski jest beznadziejnym reżyserem (co nie znaczy, że robi złe filmy). / Porównywanie De Niro do Pacino do afront dla tego drugiego. / Na palcach jednej ręki można zliczyć filmy Martina Scorsese, w których montaż jest na przyzwoitym poziomie. / Najzabawniejszym (a zarazem ostatnim zabawnym) filmem Woody'ego Allena są Złote czasy radia. / Po Underground Emir Kusturica nakręcił same gnioty. / Ghost Writer jest lepszy niż Frantic. / Aż poleje się krew to jedyny wybitny film, który powstał w Ameryce w tym stuleciu. / Spartakus to jeden z najlepszych filmów Stanleya Kubricka. / Quentin Tarantino żadnym filmem nie dorównał swojemu pełnometrażowemu debiutowi. / Monachium to - oczywiście nie licząc Szczęk - najlepszy film Stevena Spielberga. / Najlepszym filmem Krzysztofa Kieślowskiego jest Spokój. / Natalie Portman to wybitna aktorka i całkiem ładna kobieta, ale grywa głównie w kupalach (z Czarnym łabędziem na czele). / Prosta historia to jedyny strawny film Davida Lyncha. / Bruno to bardzo śmieszny film. / James Dean był słabym aktorem. / Batmany Nolana to kupale, Batmany Burtona były fajne. / Kabaret to najsłabszy film Boba Fosse'a. / Najlepszym filmem Tima Burtona jest Duża ryba, a najlepszym filmem Tima Burtona z udziałem Johnny'ego Deppa jest Ed Wood. / Film Chicago zasłużył na Oscara. / Chłopiec w pasiastej piżamie to jeden z największych kretynizmów, jakie udźwignęła taśma filmowa. / Francis Ford Coppola zrobił dwa wybitne filmy (Ojciech chrzestny i Rozmowa). / Robert Więckiewicz to jeden z trzech najlepszych polskich aktorów filmowych ever. / Milosz Forman nigdy nie nakręcił słabego filmu. / George Clooney jest lepszym reżyserem niż aktorem. / Za garść dolarów to profanacja Straży przybocznej, a najlepszą częścią trylogii jest Za kilka dolarów więcej. / Najlepszym filmem Sama Mendesa jest Droga do zatracenia (bynajmniej nie do szczęścia). / Shrek w polskiej wersji językowej to kaszana. / Druga nowela Eroiki jest lepsza niż pierwsza. / Ghost Dog to najlepszy film Jima Jarmuscha. / Najlepszym filmem Davida Finchera jest Zodiak. / Jeden z punktów kulminacyjnych w filmie Za wszelką cenę jest głupi jak nie wiem. / Imię róży to słaba ekranizacja i niepotrzebny film. / Lolita Lyne'a jest lepsza niż Lolita Kubricka. / Najlepszym filmem Christophera Nolana jest Prestiż (nie zmieni tego nawet Christian Bale). / Juliane Moore to najlepsza i najhotsza aktorka Hollywoodu. / Valmont jest lepszy niż Niebezpieczne związki. / Omen i Egzorcysta są bardziej śmieszne niż straszne. / Najlepszym filmem Jamesa Camerona jest Titanic. / Placu Zbawiciela nie da się oglądać. / Pociąg życia jest lepszy niż Życie jest piękne. / Zawrót głowy to jeden ze słabszych filmów Alfreda Hitchcocka. / Siedem to do bólu przewidywalny film. / Telemaniak to dobra komedia i mądry film obyczajowy. / Powrót Króla to najsłabsza część Władcy Pierścieni. Tyle. Choć mógłbym pewnie więcej. Pamiętajcie, że jeśli nie zgadzacie się z powyższymi tezami, to macie rację. I ja też mam. Bo przecież gust jest jak tyłek - każdy ma swój.
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Dystrybutor - Master of Muppets
Gdy rewię tę oglądam, okrutnie męczę się. (Waldorf&Statler) Dlaczego ja się tak denerwuję, skoro to było do przewidzenia? To nie jest ważne, bo przecież tragiczne wyczyny polskich zawodników piłkarskich też są do przewidzenia, a miliony nic sobie z tego nie robią. Toteż i ja pofolguję swojej irytacji. Wszak rok bez notki wdeptującej w ziemię polskich dystrybutorów filmowych jest rokiem straconym. Jednym z wielkich kinowych wydarzeń tego roku mogła być premiera Muppetów (to znaczy nie w sensie artystycznym lub finansowym, ale w sensie zacieszu). Ale już wiadomo, że nie będzie, bo... No właśnie, to jasne jak słońce. Jesteśmy wszak w Polsce, więc jeśli w kinie coś nie jest człowiekiem, niezwłocznie należy to coś zdubbingować. Nie będę się rozwodził nad tym jak wsiurskim wynalazkiem jest dubbing, bo to jest wiedza powszechna. Nie będę również użalał się nad tym, że polskie tłumaczenia filmów animowanych przez ostatnie dziesięć lat są skażone wsiurskimi naleciałościami wynikającymi z tego, że jesteśmy tu i teraz (ktoś już kiedyś napisał to lepiej ode mnie). Właściwie nie wiem co będę... Na pewno nie będę kupował biletów na Muppety. Polski dystrybutor nie był łaskaw zauważyć, że polskimi głosami (a raczej troglodyckimi odgłosami, z których niewiele idzie zrozumieć) będą mówić nie tylko Kermit, Gonzo czy Waldorf i Statler, ale także ludzcy aktorzy, zdobywcy Oskarów (!) czyli Chris Cooper, Alan Arkin i Whoopi Goldberg. A także inne gwiazdy pojawiające się w epizodach: Zach Galifianakis, Jack Black, Dave Grohl, Danny Trejo czy Sarah Silverman. To z pewnością obecność tej ostatniej utwierdziła dystrybutora w przekonaniu, że ma do czynienia z filmem dla maluszków, cnie? Muppety wydają się wręcz idealnym materiałem na kinową randkę. Niestety, polski dystrybutor miał to w de, licząc pewnie na to, że do kin zwalą się (z rodzicami) dzieciaki uchachane, że na ekranie kicają śmiszne ludki. Zapewne tak będzie, dlatego cieszę się, że nie mam jeszcze dzieciara, bo za cenę jego dwugodzinnej, nieskalanej myśleniem frajdy byłbym świadkiem niszczenia części czegoś, na czym się wychowałem. Dla mnie Muppet Show z telewizji to nie dubbing. Co prawda to również nie napisy, ale wspaniały Andrzej Matul jako lektor. Jego głos kojarzy mi się z Muppetami (i Alfem) równie mocno, co (...)* z gołą babą. I na koniec pytanie. Ja znam odpowiedź. Czy Szwedzki Kucharz i Zwierzak też zostali zdubbingowani? Znajdźcie sobie odpowiedź na to pytanie i spróbujcie choć przez chwilę nie pomyśleć, że koleś, który wpadł na pomysł zdubbingowania Muppetów ma mózg zrobiony w dużej mierze z tego, z czego Gonzo ma zrobiony nos. Dziękuję za uwagę i w ramach ukojenia nerwów polecam bodaj najzabawniejsze pięć minut w historii wszystkiego. ----- * - Tu proszę wpisać cokolwiek.
piątek, 06 stycznia 2012
Mourinho jak Kaczyński
Co ci przypomina widok znajomy ten? (z piosenki Oka) Powiedziałaś mi kiedyś, że wpisów na moim blogu nie czytasz wówczas, gdy dotyczą polityki lub sportu. Zapewniam Cię zatem, że z czystym sumieniem możesz przestać czytać właśnie teraz. Oto bowiem przed Tobą wpis, który dotyczy obu tych jakże odległych Twemu sercu sfer. Być może niektórzy sympatycy niektórych klubów piłkarskich będą chcieli mnie rozszarpać, ale czyż będzie to pierwszy raz w historii tego bloga?* Do rzeczy. W ubiegłym roku coś, co skłonne do przesady osoby nazywają piłkarską świętą wojną, osiągnęło apogeum. Real i Barcelona zagrały ze sobą aż siedem razy. Potyczki te już jakiś czas temu przestały mnie fascynować, toteż aż pięć spotkań z pełną premedytacją przegapiłem. Obejrzałem jedynie zakończony skandalem rewanż o Superpuchar Hiszpanii oraz ostatni mecz ligowy. I właśnie patrząc na niemoc graczy Realu w przegranym 1:3 spotkaniu, niechcący wpadłem na pewną analogię pomiędzy tym klubem a największą polską partią opozycyjną. Po pierwsze, tak jak PiS wykazuje chroniczną niezdolność do wygrywania wyborów z PO, tak i Real - co by się wokół nie działo - nie jest ostatnimi czasy w stanie dotknąć swojego odwiecznego rywala. To prawda, że Królewscy sięgnęli w tym roku po Puchar Króla. Jednak z perspektywy europejskiej piłki i milionów fanów na całym świecie, trofeum to ma znaczenie równie wielkie co dla całej polskiej polityki zagarnięty przez PiS sejmik województwa podkarpackiego. Po drugie, Realem kieruje facet, którego każde słowo jest natychmiastową pożywką dla mediów. Często jest więc krzywdzony i atakowany bezpodstawnie. Kopanie Mourinho jest łatwe i wygodne, zupełnie jak kopanie Kaczyńskiego. Po trzecie, pretensje obu panów i dowodzonych przez nich ekip o nierówne traktowanie mogą być uzasadnione jedynie częściowo. Kaczyński obrażający dziennikarzy lub Hofman obrażający nowoczesnych ludzi wsi, a potem awanturujący się o medialną nagonkę, są zupełnie jak Sergio Ramos lub Pepe, którzy najpierw koszą rywala równo z trawą, a potem im jeszcze nie pasuje, że sędzia ośmielił się pokazać czerwoną kartkę. Po czwarte, każde dziecko wie, że Mourinho i Kaczyński są wybitnymi strategami. To pewnie dzięki temu PiS przegrał już szóste wybory z rzędu, zaś Mourinho zdobył z Realem jedno trofeum, podczas gdy w tym samym czasie Barcelona wywalczyła sześć. Po piąte, Kaczyński i Mourinho mają skłonność do myślenia w kategoriach spiskowych. Jeden mówi, że media mają interes w sprzyjaniu Platformie, drugi - że interes w sprzyjaniu Barcelonie mają arbitrzy. Po szóste wreszcie, kiedy trudno już odwoływać się do argumentów czysto sportowych lub politycznych, należy sięgnąć po inny asortyment działań. I tak: Real chełpi się tym, że przed meczami z Barceloną nie kosi murawy; PiS nasyła na obwodowe komisje wyborcze armię mężów zaufania. Niby oba te działania są jak najbardziej dozwolone, ale potrafią wzbudzić uśmiech politowania. To jednak nie koniec analogii. Kiedy pisałem tę notkę, zdałem sobie sprawę, że rywalizację Realu z Barceloną można porównać do kształtu naszej sceny politycznej w ogólności. I tak... Po pierwsze, Platforma i Barcelona mają doskonały piar, kreując się na jedynych pięknych, moralnych i nowoczesnych i wzmacniając tym samym przekaz, że PiS i Real to ci źli. Niewiele ma to jednak wspólnego z prawdą, po zarówno partia rządząca, jak i klub rządzący mają za uszami tyle samo co ich adwersarze. Po drugie, Platforma jako pierwsza wygrała drugie wybory parlamentarne z rzędu. Zaś wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że Barcelona po raz pierwszy w historii obroni Ligę Mistrzów. Po trzecie, w rywalizacji między PO i PiS oraz między Realem i Barceloną nie ma żadnych perspektyw dla jakiegoś trzeciego. Może ludzie by i chętnie zagłosowali na SLD, PSL, a nawet Marka Jurka. No ale przecież tego nie zrobią, bo panie, oni i tak nie wejdą, a jak wejdą, to i tak za mało ich będzie. Tak samo można kibicować Walencji, Atletico, a nawet Rayo Vallecano. Ale po co, skoro wielkiej dwójce i tak nie podskoczą? Po czwarte wreszcie, i jest to analogia najbardziej bolesna, wrogość między omawianymi obozami zabrnęła tak daleko, że przez fanatyków zostaniesz uznany za szajbusa, próbując doszukać się pozytywów zarówno w Realu, jak i Barcelonie; zarówno w PO, jak i w PiS. Co więcej, nie wolno ci też być obojętnym. Musisz być za PO lub PiS, musisz być za Barceloną lub Realem. No przecież inaczej się nie da. Nawet nie próbuj tłumaczyć, że masz to w dupie. Bo nie masz, tylko może jeszcze o tym nie wiesz. Kończąc, pocieszę jeszcze sympatyków Realu, że bez Jarosława Kaczyńskiego PiS pewnie skona marnie, zaś bez Mourinho Real wciąż będzie wielkim klubem. PS. Cieszę się, że zdążyłem napisać tę notkę przed końcem sezonu. Bo niewykluczone, że Real zburzy moją teorię i wygra Primera Division. Wtedy nadejdzie taki dzień, że będziemy mieli w Warszawie Madrycie Budapeszt. PS2. Play Station 2 PS3. Zacząłem myśleć o innych analogiach piłkarsko-politycznych. Nic nie przyszło mi do głowy poza tym, że przez ostatnią dekadę Jan Tomaszewski był Andrzejem Lepperem polskiej piłki. Jednak słynny bramkarz postanowił zrobić mi psikusa. Został posłem i być może już wkrótce stanie się Andrzejem Lepperem polskiej polityki. --- * - Owszem, będzie.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Poszli!
Można zaczynać! (z filmu Miś) Tradycji staje się zadość. Oto notka noworoczna. W styczniu po raz pierwszy zapłaciłem więcej niż sto złotych za bilet na koncert. W lutym zaszedłem jeszcze do Karuzeli, gdzie wypiłem burbona i zjadłem jakąś kanapkę na ciepło, a następnie zasnąłem. W marcu zacząłem słuchać Joe Bonamassy. W kwietniu przyszła wiosna, jeśli wiecie o czym mówię. W maju zgubiłem garnek. W czerwcu była energia! W lipcu zgrzeszyłem porywczością. W sierpniu ogoliłem się na łysą pałę. We wrześniu wypiłem więcej ouzo niż Wy przez całe życie. W październiku mogłem odetchnąć z ulgą. W listopadzie odetchnąłem aż za bardzo. W grudniu częściej niż zwykle mogłem odtwarzać najsłynniejszą piosenkę grupy Klaus Mitffoch. Rok 2011 w liczbach: Miejsca, w których nocowałem - 18 Miejsca, w których jadłem pizzę - 6 Rozbite auta - 0 Dawne stolice Polaków, w których byłem (to znaczy w tych stolicach, a nie w Polakach) - 3 Rzeczy zrobione spontanicznie - 1 Nieobejrzane mecze Realu z Barceloną - 5 Filmy obejrzane - 133 Książki przeczytane - 38 Wpisy zawiesinalne - 40 Porażki: Nie wygrałem Jednego z dziesięciu. Spełniłem tylko 22,22% noworocznych postanowień. I takie tam. Sukcesy: Doszedłem do ładu z włosami. I takie tam. Postanowień tym razem nie będzie. Wszystko co zamierzam zrobić w tym roku jest bowiem zbyt ważne. Niech Was prowadzi. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
|