Menu

Zawiesina

każdy może, prawda, krytykować...

Igrzyska niekompetencji, czyli list do Włodzimierza Szaranowicza

zawiesina

Jestem w stanie zagwarantować dwie rzeczy: złoty medal naszej wspaniałej Anity Włodarczyk i co najmniej trzy krążki z tego samego kruszcu innych polskich sportowców. W innym przypadku jestem gotowy wrócić z Brazylii na piechotę.
(Włodzimierz Szaranowicz)

Panie Szaranowicz,

Odkąd zakończyły się brazylijskie igrzyska, ludzie sobie robią podśmiechujki z Pańskiej nieostrożnej wypowiedzi, którą uczyniłem mottem tego wpisu. Ja tam spaceru z Rio się od Pana domagać nie będę, choć na przyszłość lepiej nie ręczyć za coś, na co nie ma się wpływu. Miał Pan za to wpływ - jako szef sportu w Telewizji Polskiej - na to, jak ta impreza zostanie pokazana w polskich odbiornikach. Wobec tego lepiej było w lipcu złożyć raczej akt strzelisty w stylu: Jestem w stanie zagwarantować, że TVP po raz kolejny osiągnie Himalaje niekompetencji i braku profesjonalizmu w pokazywaniu wielkiego wydarzenia sportowego. W innym przypadku jestem gotowy wrócić z Brazylii na piechotę. Wtedy byłbyś Pan przynajmniej pewny swojego wygodnego powrotu z Rio do Polski.

Prawda jest taka, że telewizja jest przeżytkiem. Jednym z niewielu uzasadnień jej dalszego istnienia jest impreza pod tytułem Igrzyska Olimpijskie. Trudno byłoby sobie wyobrazić sens rozgrywania tak wielkich zawodów, gdyby przekaz nie płynął do setek milionów domów na całym świecie. Niestety, część z tych domów (konkretnie polska część) zaopatrywana jest w sygnał kulawy, czyli zapośredniczony przez Telewizję Polską.

Co konkretnie mam na myśli? A rzucę kilka przykładów. Rozpoczyna się drugi dzień sportowej rywalizacji. Na torze wioślarskim odbywają się eliminacje. Tymczasem w studiu TVP 2 siedzi prowadzący, rozmawia z emerytowaną zawodniczką, po czym zamiast przeniesienia się na arenę zawodniczą, zapowiada (uwaga! uwaga!)... fragment wywiadu z polskimi wioślarkami nagranego po ich medalowym wyścigu na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 roku. Dalej. Anita Włodarczyk przed chwilą zdobyła złoty medal. Panuje ogólny entuzjazm. Po wywiadzie z zawodniczką słyszymy z anteny, że to nie koniec startów polskich lekkoatletów, bo oto już za moment w eliminacjach pobiegnie nasz płotkarz. I tu transmisja się kończy. Widz myśli, że należy się przełączyć na TVP 1 lub TVP Sport. A tu figa, bo na jedynce leci Teleexpress, a na kanale sportowym (uwaga! uwaga!)... powtórka (przedwczorajszego!) konkursu rzutu dyskiem. Dalej. Widzimy finał kanadyjkarzy (bez udziału Polaków), w którym wygrywa Niemiec. Drugie miejsce zajmuje Brazylijczyk. O trzecie rywalizują Mołdawianin z Rosjaninem, którzy wpadają na metę równocześnie. Podniecony Dariusz Szpakowski krzyczy, że o brązowym medalu zadecyduje fotofinisz. Jednak nie jest nam dane poznać werdyktu, gdyż niemal od razu zostają wyemitowane reklamy. Dalej. Dużo dyskusji wywołał spór w ekipie polskich kolarek torowych. Do jednej z konkurencji wystawiona została juniorka kosztem bardziej utytułowanej koleżanki. Ta wylała swoje żale na fejsie i zrobił się kwas. Tymczasem start kolarek już za moment. W studiu siedzi redaktor prowadzący wraz z działaczem Polskiego Związku Kolarskiego i komentują tę nieprzyjemną sytuację, a także czysto sportowe aspekty rywalizacji (kto jest faworytką, jakie są szanse Polki itd.). Gadają tak przez co najmniej kwadrans, a gdy wreszcie wybija godzina startu naszej reprezentantki, TVP puszcza reklamy i film. Dalej. Mecz piłkarzy ręcznych pomiędzy Niemcami a Egiptem ma zadecydować o ewentualnym udziale naszych szczypiornistów w ćwierćfinale. Na TVP 2 właśnie kończy się relacja z innej sportowej areny, prowadzący w studiu mówi: Rzućmy jeszcze okiem na przebieg meczu [rzucamy okiem, jest 50. minuta]. Widzimy, że Niemcy prowadzą. To już koniec naszej transmisji w dwójce. Wszystkich zainteresowanych spotkaniem Niemców z Egiptem zapraszamy do jedynki. Do zobaczenia. Przełączamy na jedynkę, a tam istotnie nadają mecz ręcznych, ale (uwaga! uwaga!)... od trzydziestej minuty. Czarę goryczy przelało pokazywanie golfa (GOLFA!!!) przez bite dwie godziny, w czasie najlepszej oglądalności (około 20), na kanale otwartym (TVP 2).

Mało? Pewnie było tego więcej, ale nie siedziałem przyspawany do telewizora, zaś tydzień przed zakończeniem zawodów pojechałem na zagraniczne wakacje. Tak się złożyło, że śledziłem dalszą część IO w telewizji węgierskiej. I niech Pan sobie wyobrazi, że tam zawody kajakarzy pokazywano od początku do końca, bieg po biegu, bez żadnej przerwy na reklamy czy też studio. A czemu? Pewnie będzie to dla Pana szokiem (a może niewyobrażalnym dziwactwem), ale... tam nie ma żadnego studia. Tak! Węgrzy okazali na tyle świrniętym narodem, że podczas największej imprezy sportowej na świecie zajęli się pokazywaniem sportu, a nie gadających głów pod krawatami.

szaEA

W jednej chwili przypomniała mi się piękna historia Matthiasa Steinera z igrzysk w 2008 roku. Steiner to Austriak, który po Atenach pokłócił się ze swoją federacją i zmienił obywatelstwo na niemieckie. Przez trzy lata nie mógł występować w międzynarodowych zawodach. Szykuje się na olimpiadę w Pekinie, kiedy w wypadku samochodowym ginie jego żona. Mimo to Steiner nie rezygnuje ze startu. Po rwaniu jest dopiero czwarty i ma aż 8 kg straty do prowadzącego Ruska. Co gorsza, pali pierwszą próbę w podrzucie, lecz w drugiej zalicza rekord życiowy - 248 kg. Potem Rusek podnosi ćwierć tony i jest już niemal pewny złota. Wtedy Steiner stawia wszystko na jedną kartę - czeka, aż wszyscy wyprztykają się ze swoich prób i przy trzecim podejściu zakłada na sztangę 258 kilogramów (o 10 więcej niż nowo ustanowiony rekord życiowy). Koncentruje się i nadludzkim wysiłkiem podnosi ciężar. Po czym następuje eksplozja radości i wzruszenia, seria gestów pod adresem nieżyjącej ukochanej. Gotowa historia na łzawy hollywoodzki film. Nie trzeba jednak takiego kręcić, wystarczyło to obejrzeć w telewizji. Oczywiście w telewizji Eurosport. Dziś cisną mi się na usta dwa pytania. Raz. Czy gdybym nie miał wtedy Eurosportu i byłbym zdany na TVP, poznałbym historię Steinera? I dwa. Dziś, gdy Eurosport nie ma już praw do pokazywania igrzysk, i zdany jestem na TVP, ile podobnych pięknych historii z Rio mnie ominęło?

Tę straszliwą indolencję w pokazywaniu igrzysk przez TVP zrozumieć tym trudniej, że przecież telewizja dostaje gotowy przekaz. Nie szyje go sama od zera jak Polsat na imprezach siatkarskich. Stacja Solorza wypracowała niewyobrażalny dla innych poziom pokazywania tego sportu w telewizji. Do tego stopnia, że gdy zdarzają się zawody w jakimś innym kraju, nawet mającym wyniki w siatkówce (Włochy, Rosja, Brazylia), widzowie zastanawiają się jak można tak beznadziejnie to pokazywać. Zaś TVP musiała ograniczyć się do umiejętnego przeskakiwania z lekkoatletycznego stadionu, na wioślarski tor, a stamtąd na zapaśniczą matę. Nie potrafiła sprostać nawet temu.

Kopaniem leżącego byłoby czepianie się polskich sprawozdawców, którzy (z paroma szlachetnymi wyjątkami) tradycyjnie niekompetencje merytoryczne i językowe starali się przykrywać decybelami (czytaj: piłowaniem ryja). Zupełnie jak w klasycznym rysunku Raczkowskiego. Pan też dołożył do tego swój kamyczek, komentując finałowy bieg na 100 metrów mężczyzn. Przez chwilę zastanawiałem się czy naprawdę przegapiłem moment, w którym Usain Bolt otrzymał polskie obywatelstwo.

Problem tkwi w tym, że Pański pierwszy dzień na stanowisku szefa sportu w TVP powinien być jednocześnie ostatnim w kabinie komentatorskiej. Nie da się dobrze zarządzać pracą zespołu, będąc po drugiej stronie globu, na stadionie lekkoatletycznym. Jeżdżąc na każde igrzyska od ponad 30 lat, nie mógł Pan zdawać sobie sprawy, że tu w Polsce miliony ludzi klną na to dziadostwo w telewizorze. Pana to po prostu nie dotyczyło - nie oglądał Pan igrzysk z pozycji zwykłego telewidza, który powinien być przecież dla szefa redakcji sportowej najważniejszy.

Ale to tylko pół prawdy. Drugie pół jest takie, że równie źle pokazywanie sportu w TVP wyglądało za Pańskiego poprzednika i równie źle będzie wyglądało za Pańskiego następcy (ktokolwiek nim będzie). Może na Woronicza jest jakaś żyła wodna? Słowem, przyszedł PiS i zrobił tzw. dobrą zmianę wszędzie: od spółek skarbu państwa, przez stadniny koni, po ochotnicze hufce pracy. Ale tego betonowego badziewia, jakim jest sport w Telewizji Polskiej, nie udało mu się ruszyć. Ale Pan zrozumie to dopiero za dwa lata, kiedy na zasłużonej emeryturze zasiądzie Pan w fotelu, by obejrzeć zimowe igrzyska w Pjongczangu. Włączy Pan telewizor, przyjrzy się przez chwilę i powie: Jasna cholera, jak tak można? Ale wtedy nie będzie Pan mógł już nic zrobić.

Adeus, Portugal!

zawiesina

I tak jesteśmy najlepsi.
(Cristiano Ronaldo po remisie z Polską)

Reprezentacja Portugalii to jest takie zjawisko w piłce nożnej, z którym nie umiem sobie poradzić.

W roku 2000 byli rewelacją, której nie wypadało nie kibicować. Szli jak burza i o mały włos puknęliby Francję w półfinale, gdyby nie karny po zagraniu ręką Abel Xaviera w dogrywce. To właśnie w trakcie tego meczu, jako dwunastolatek, wyrobiłem sobie (zupełnie oczywisty dla każdego fana piłki) odruch kibicowania słabszym. I wtedy też przyszło naturalnie pierwsze rozczarowanie.

Rok 2002 to traumatyczna porażka Polski z Pedro Pauletą. I ktokolwiek by wtedy Polski nie zmiażdżył - czy byłaby to Portugalia, Rumunia czy Burkina Faso - rywale nie mieli znaczenia. Skupialiśmy się raczej na tej tragicznej zbieraninie Engela. I to do niej, nie do Portugalczyków, kierowaliśmy wszystkie złe emocje. Jak można było przegrać cztery zejro, pytał w piosence pewien śpiewak. I miał rację, jeśli przypomnimy sobie, że Portugalczycy sami sobie na tym mundialu wrzucali piłkę do bramki.

W roku 2004 wobec żadnej drużyny nie żywiłem złych emocji, bo cała para szła w kibicowanie Czechom. Mieli cudowną drużynę, którą oglądać można było godzinami. Ich nieszczęsny półfinał z Grecją był najgłośniej krzyczącą niesprawiedliwością w futbolu dwudziestego pierwszego wieku. Po tym rozczarowaniu finał pomiędzy Grecją a Portugalią miałem centralnie w rzyci i obejrzałem go wyzuty z emocji.

I nagle od mistrzostw świata roku 2006 nie wiedzieć czemu reprezentacja Portugalii stała się dla mnie etatowym czarnym ludem każdego turnieju. Może miał na to wpływ ich rzeźnicki mecz z Holandią, okraszony rekordową liczbą żółtych i czerwonych kartek. Raptem ta drużyna (w pewnym stopniu wciąż złożona z weteranów z 2000 r.) wydała mi się konglomeratem boiskowych chamów i cwaniaków, którym sprzyjać nie wolno, niezależnie od rywala. Stąd moje ryzykowne zachowanie podczas oglądania meczu o trzecie miejsce. Starcie ekipy Scolariego z Niemcami oglądaliśmy w jakiejś świetlicy nad jeziorem. Przyjąłem kilka piw i jako jedyny spośród kilkudziesięcioosobowej widowni afiszowałem się z entuzjazmem po każdej strzelonej przez Niemców bramce. Kolega uspokajał mnie w obawie o nasze zdrowie. Sprzyjanie Niemcom było wówczas (i chyba tak zostało) dosyć ekstrawaganckie.

Żaden z następnych turniejów (2008, 2010, 2012) nie zmienił mojego nastawienia do ekipy z zachodnich kresów Europy. Łatwo się domyślić, że ich klęska na brazylijskim mundialu przed dwoma laty była dla mnie miłą (choć absolutnie spodziewaną) okolicznością. Obejrzeliśmy wtedy drużynę do cna zdemoralizowaną, targaną wewnętrznymi konfliktami i zwyczajnie trudną do oglądania.

I oto przyszło długo wyczekiwane Euro we Francji. Na fali wzmożenia wynikami naszej kadry (byłem nawet na dwóch meczach eliminacyjnych; do tej pory największe piłkarskie wydarzenie, które oglądałem z trybun, to był mecz Motoru Lublin ze Stalą Stalowa Wola) uznałem, że trzeba odrzucić precz złe emocje. Kibicować Polsce, a resztę drużyn oglądać z pozycji futbolowego konesera, dla którego liczy się głównie piękno tej gry. Swój otwarty umysł powierzyłem nawet reprezentacji Portugalii. I co? I wytrzymałem kilkanaście minut.

Jak włączyłem ich mecz z Islandią, to zobaczyłem, że:

1) Po pięciu (!) minutach Ronaldo próbuje wymusić wolnego pod polem karnym. Gwiazdor Realu przewrócił się, mimo że obrońca nawet go nie dotknął, a wręcz był od niego oddalony o dobre pół metra.
2) Ricardo Carvalho podaje do kolegi na skrzydło, ale nie odmawia sobie tej przyjemności, by kopnąć przy tym rywala.
3) Przeciwnika brutalnie kopie również Pepe.
4) Ronaldo nie przyjmuje zwyczajowego gestu przeprosin od Islandczyka po faulu.

I jeśli dodać do tego pogardliwe komentarze CR7 po meczu, to naprawdę wobec reprezentacji Portugalii trudno wykrzesać sympatię. Po krótkim okresie dobrej woli niechęć wróciła ze zdwojoną siłą. Nie mam już żadnych wątpliwości, że Portugalia to boiskowe wsiury, których należy golić z całą bezwzględnością. Dlatego czwartkowy ćwierćfinał będzie dla mnie meczem szczególnym. W przypadku powodzenia - podwójna radość, w przypadku porażki - podwójny kac. Podoba mi się taki futbolowy świat, w którym Portugalczycy nigdy nie wygrali żadnego turnieju. Po co to zmieniać? Proszę zatem reprezentację Polski o solidne wciry dla czwartkowych rywali. Rany, przecież oni nawet jeszcze nie wygrali meczu na tym turnieju! Oby już tak zostało.

032616_SOCCER_Cristiano_Ronaldo_PI_JW.vadapt.664.high.47

Pire z dżemem XXX

zawiesina

Tytuł tego jubileuszowego wydania Pire z dżemem sugerowałby, że powinienem napisać coś o pewnej bardzo (ekhm!) prężnej gałęzi przemysłu filmowego. Nic z tego. Będę hołdował zasadzie sformułowanej przed laty przez Magdalenę Środę: Religia jak seks - sprawą prywatną. Różni nas jednak rozumienie słów sprawa prywatna. Bo pani profesór o seksie i religii mówi i pisze właściwie bez przerwy.

*

Portal gazeta.pl śrubuje kolejne rekordy. Dwa kłamstwa w jednym czternastowyrazowym zdaniu. Kto da więcej?

Swoją drogą, cóż za finezyjnie zbudowane zdanie.

*

W sobotę był Światowy Dzień Książki, obchodzony również w Polsce - kraju, w którym literatura podłączona jest do kroplówki. Gdzie każda telewizyjna łamaga musi mieć swoją biografię, najlepiej auto. Gdzie w metrze wisi wielka reklama książki Pauliny Młynarskiej (tak, Pauliny Młynarskiej) wydanej przez Prószyński i S-ka (tak, Prószyński i S-ka). Gdzie w największym książkowym sklepie w stolicy, na półce z literaturą polską pod literą I jest jedna cieniutka książka Iwaszkiewicza i sześć książek Ingi Iwasiów. I gdzie na półce z biografiami stoją trzy (!) różne książki, których bohaterem / autorem / współautorem jest Maciej Stuhr. Czekam chwili aż swoje dzienniki wyda Franciszek Smuda.

*

Niewątpliwą korzyścią z przebywania na zwolnieniu lekarskim jest możliwość zrobienia sobie maratonu starych filmów Władysława Pasikowskiego (Demony wojny wg Goi, Reich, Słodko gorzki, Psy II: Ostatnia krew). Nie jest to może korzyść, która wynagradzałaby te utracone 20% poborów, ale gorączkę zawsze umili. Moja gorączka nie była jednak na tyle duża, bym nie zauważył, że filmy Pasikowskiego są tragicznie - do bólu schematyczne, z dialogami pisanymi z założeniem Napiszmy zajebiste dialogi, które będzie się cytować latami i z postsynchronami tak bijącymi po oczach i uszach, że bardzo zdolni aktorzy wydają się najgorszym drewnem (Baka w Reichu). A mimo to chce się te filmy oglądać, potrafią sprawiać prawdziwą przyjemność. To guilty pleasure w najlepszym wydaniu. No i jeszcze ścieżka dźwiękowa przypomina takie kawałki!

*

Nieodmiennie zadziwia mnie poczucie estetyki i higieny u osób, które własnymi rękami piszą BRUDAS na zakurzonych samochodach.

brudas

PS. To nie mój.

*

No więc nadszedł ten moment w życiu, że trzeba będzie kupić trochę mebli. Sklepów z meblami jest dużo. Po wstępnym rekonesansie stwiedziliśmy, że najbardziej znany polski producent robi meble, które spodobają nam się za czterdzieści lat. Zaś inny producent sam wyłączył się z rywalizacji o moją uwagę. Otóż u nasz w biurze leci sobie Radio Zet. I oto codziennie jestem zmuszony słyszeć, że sponsorem jakże wysmakowanego bloczku pt. Nosel kręci jest Fabryka Mebli Bodzio. Może się Pan spodziewać, Panie Bodzio, że ode mnie ani złotóweczki Pan nie powącha.

Tu wyrok, tam sprawiedliwość

zawiesina

Szczyt niesprawiedliwości to uchodzić za sprawiedliwego, nie będąc nim.
(Platon)

Lubię filmowe baśnie. Zarówno te dla całkiem dorosłych (Labirynt fauna albo Mary i Max), jak i te dla małych, naiwnych dzieci. W tej drugiej grupie mieści się opus magnum Sidneya Lumeta - Dwunastu gniewnych ludzi.

Taaak. Jak rozkosznie jest rozmarzyć się o pięknym świecie, w którym co prawda raz na pewien czas jakiś zwyrodnialec kogoś zabije, ale światły amerykański wymiar sprawiedliwości na pewno dopadnie sprawcę i nie dopuści, by ukarany został Bogu ducha winny człowiek. Lumet swoją kameralną opowieścią wyznaczył standardy, dzięki którym to nie strzelaniny są najbardziej emocjonującymi kawałkami filmowego rzemiosła. Dramaty sądowe to jest to. Oprócz westernów nie ma chyba gatunku tak bardzo scalonego z amerykańskością. Gatunku, który tak bardzo nie sprawdzałby się gdzie indziej. Jeśli jakiś wybitny hollywoodzki aktor nie ma w swym dorobku ani jednej roli charyzmatycznego obrońcy albo prokuratora, to najwyraźniej nie wszystkiego w swojej karierze dopilnował.

Te filmy pokazują, że USA są prawdziwą ojczyzną wolności. Te filmy niosą nadzieję dla zwykłych ludzi, bo udowadniają, że są oni równie ważni, co wpływowi bogacze. Te filmy są celuloidowym pomnikiem wzniesionym na cześć Temidy. Te filmy to wielki kawał gówna.

Czemu? Bo poza swoją funkcją rozrywkową, którą spełniają zazwyczaj w sposób bardzo zadowalający, sankcjonują przekonanie o wielkiej wartości systemu sprawiedliwości, który wypracowali sobie za oceanem. Zrodził się we mnie szalony wielbiciel teorii spiskowych: uważam, że facet, który przed laty wymyślił ławę przysięgłych, przewidział w swoim niezbadanym umyśle nierychłe wynalezienie kinematografu, dzięki czemu w dwudziestym stuleciu jego potomkowie zbijali kokosy na filmowych opowieściach o gościach co chwila krzyczących Objection!

Obejrzałem właście serial American Crime Story: The People v. O.J. Simpson. Wcześniej o procesie byłego futbolisty wiedziałem to, co wszyscy: facet brutalnie zaciukał dwoje ludzi, ale uniewinnili go ze względu na kolor skóry. Takie streszczenie byłoby jednak wielką niesprawiedliwością dla twórców serialu. Z godną podziwu pieczołowitością odtworzyli oni każdy detal procesu toczącego się dwadzieścia lat temu. O doborze aktorów nawet nie wspominam, bo za to należy się im ustanowienie jakieś oddzielnej nagrody.

Tu chodzi o co innego. Ten serial to wielki akt oskarżenia przeciw systemowi, w którym sędzia jest jedynie moderatorem, bez względu na dowody największe szanse ma ten, który ma gadane, zaś o winie decyduje zbieranina przypadkowych, mniej lub bardziej rozgarniętych osobników, dla których o wiele donioślejszą decyzją jest wybór sitcomu, który chcą obejrzeć wieczorem w telewizji.

Tak więc na jednej szali jest Dwunastu gniewnych ludzi, a na drugiej proces Simpsona. A gdzie jest prawda? To akurat proste pytanie, na które każdy powinien bez trudu odpowiedzieć, a następnie krzyknąć Objection!

Być jak William Foster

zawiesina

Im bardziej będziesz cichym chłopcem, tym krzyczeć ze złości będziesz chciał głośniej
(Afro Kolektyw - Niemęskie granie)

Chciałem napisać nowy tekst. Miałem wymyślony temat, tytuł, motto oraz obrazek. Tekst miał traktować o tym, że jest taka postać w historii popkultury, którą chciałbym być bardziej niż Supermanem. To znaczy Supermanem wcale nie chciałbym być, bo chyba nie zniósłbym dysfamii, którą ściągnąłoby na mnie zakładanie majtek na spodnie.

Pamiętacie Williama Fostera? Ja też nie. Ale jeśli powiem, że tak nazywał się bohater Michaela Douglasa z kiepskiego filmu Upadek, to coś pewnie zacznie świtać. Foster to mężczyzna, którego poziom asertywności zatrzymał się gdzieś na czternastce w dziesięciostopniowej skali. Nietrudno się domyślić, że bycie Williamem Fosterem byłoby fajne, jedynie jeśli dostalibyśmy w pakiecie immunitet.

Każdy ceniący spokój i ład społeczny republikanin powinien kierować się pradawną zasadą Żyj i pozwól żyć innym. Nie przychodzi mi do głowy żadna postać, która tę zasadę umiłowałaby bardziej niż William Foster. A że podchodził do jej egzekwowania w dość ekstrawagancki sposób... To nic, był przecież w swojej krucjacie sam. Dopiero gdyby zaroiło się od podobnych osobników, mielibyśmy coś na kształt anarchii. Jeden William Foster jeszcze nikomu nie zaszkodził.

fallingdown

Jestem oto na obiedzie w osiedlowej pizzerii (znanej ogólnopolskiej sieci). Nieszczęściem lokalu jest to, że w swojej ofercie mają również kebab. Tuż po mnie zamówienie składa sześćdziesięcioletni pan. Zamawia kilka kebabów, prosi o zapakowanie na wynos, dostaje co chciał i wychodzi. Wraca po piętnastu minutach, podchodzi do baru i bez żenady mówi: Proszę pani. Poprosiłbym o zwrot pieniędzy lub o dołożenie mięska do tych kebabów. Zdziwieniu obsługi odpowiada już agresywny ton mężczyzny, który zaczyna krzyczeć, że sałatę w bułkę to może sobie sam w domu wsadzić. Kucharz wyjaśnia, że dodał dużo mięsa. Ale pan cham jest w amoku. Twierdzi, że jeśli nie oddadzą mu pieniędzy, to on ich zniszczy, naśle Państwową Inspekcję Handlową, wszak mieszka na tym osiedlu od 44 lat. Po chwili idzie krok dalej i opryskliwym tonem wypytuje obsługę, czy mają umowy o pracę. Nie wytrzymuję, wstaję i z grzecznością, na jaką osobnik z pewnością nie zasłużył, mówię mu, co o nim sądzę. Że ludzie przyszli na obiad i chcieliby zjeść w spokoju, a on im przeszkadza, więc może by się tak uspokoił. Ośmielony został inny klient, który także wstał i równie uprzejmie zwrócił intruzowi uwagę. Ten coś jeszcze przez chwilę poburczał i poszedł. Sytuacja została zażegnana w sposób doraźny. Pan z pewnością swoje maniery będzie prezentował w dalszym ciągu, wszak jest nie byle kim, więc pewnie bywa na salonach. A gdyby tak zamiast mnie w lokalu był William Foster? Wyrwałby gościowi kebaba z ręki, rozsmarował zawartość na jego twarzy i zapytał grzecznie: I co? Doprawdy nie ma tu mięsa?

Kalifornijski Wielki Wychowawca przydałby się i w innych sytuacjach. Paniusia beztrosko rzuca papierek po batoniku na chodnik? William podniósłby go, dogonił ją i wcisnął śmieć za dekolt (ewentualnie do kieszeni). Współpasażer krzyczy do telefonu w autokarze o godzinie 23? William nie zawahałby się telefonu zarekwirować. Ktoś wpycha się w kolejkę u lekarza? William skwitowałby to stwierdzeniem, że taki ordynus zaraz naprawdę będzie potrzebował lekarza. I tak dalej, i tak dalej.

No i właśnie mniej więcej taki chciałem napisać tekst o Williamie Fosterze. Zabierałem się już do roboty, gdy przypomniałem sobie, że nie mogę tego tekstu napisać, bo przed laty zrobił to już Tomasz Beksiński.

Oh, wait!

© Zawiesina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci