Menu

Zawiesina

każdy może, prawda, krytykować...

"Smoleńsk", czyli przewodnia rola Hołdysa

zawiesina

Dialogi... niedobre. Bardzo niedobre są dialogi.
(z filmu Rejs)

Przed seansem filmu Smoleńsk obejrzałem sobie kilka wywiadów z jego reżyserem. Słychać w nich, że Antoni Krauze jest człowiekiem zmęczonym i rozgoryczonym. Otwarcie mówi, że bez żalu kończy karierę filmowca. Kto wie, być może Smoleńsk wcale nie wygląda tak, jak sobie wymarzył. I być może nie miał na to zbyt dużego wpływu. Nie mam tu na myśli prostackich tez o tym, że za sznurki pociągał Sami Wiecie Kto, ale raczej niebędący tajemnicą konflikt Krauzego z producentem, Maciejem Pawlickim. Dla widza nie ma to jednak żadnego znaczenia. A widz otrzymał niestety dzieło kulawe w każdym możliwym aspekcie filmowego rzemiosła.

Leży tu wszystko. Nawet rzecz tak podstawowa jak dobór statystów. Oto w scenie manifestacji przeciwko pochówkowi pary prezydenckiej hasła w stylu Wawel dla królów wykrzykuje grupa... Azjatów. Sceny dialogów wyglądają tak, że jedna osoba wygłasza swoją kwestię, a druga nie robi nic, tylko czeka na swoją kolej. Gra aktorska jest w zasadzie na poziomie Trudnych spraw. Jest tak źle, że gdy pojawia się jakiś poważny aktor (Bukowski, Mastalerz) i gra po prostu poprawnie, nagle zaczyna wyrastać na jakiegoś herosa aktorstwa (niezły jest też występ Lecha Łotockiego, który w scenie gruzińskiej dość udanie odtworzył gesty i intonację prezydenta Kaczyńskiego). Nakreślenie postaci to kompletna katastrofa. O głównej bohaterce wiemy tyle, że od rana do nocy myśli i rozmawia wyłącznie o Smoleńsku. Nie wiedzieć czemu twórcy boją się używać nazwisk. Ani razu nie pada nazwisko Kaczyński czy Błasik (choć fabuła kręci się wokół postaci zmarłego szefa sił powietrznych). Nie, wszyscy mówią o nim generał. A potem, gdy wjeżdża wątek samobójstwa Sławomira Petelickiego, to jego wszyscy określają mianem generała.

O kompletnej amatorce realizacyjnej nie ma co wspominać, bo jest ona skutkiem braku pieniędzy. Smoleńsk nie dostał dotacji z PISF, co środowiskom bliskim obecnej władzy pozwoliło na formułowanie tez o politycznym zaangażowaniu tej instytucji. Jednak w zderzeniu ze scenariuszem filmu te pohukiwania wydają się niepoważne. Nie wyobrażam sobie państwowego wsparcia dla produkcji, której bazą miałby być taki scenariusz. Jego tak naprawdę nie ma. W ogóle nie wiadomo o czym jest ten film, czy opowiada jakąś historię, czy do czegoś prowadzi. A jak dodamy to tego dialogi, otrzymamy pełen obraz nędzy i rozpaczy [spotykają się dwie dziennikarki; jedna mówi: Zakładamy własną telewizję. druga: Świetnie. I koniec tego tematu, jakby założenie telewizji było czymś na miarę założenia dżinsów]. Ale czemu się dziwić? Oprócz Krauzego scenarzystami filmu byli: Tomasz Łysiak - znany z radia jako Detektyw Inwektyw; na koncie zero scenariuszy pełnometrażowych filmów fabularnych; Maciej Pawlicki - producent telewizyjny, a obecnie pierwszy frankowicz Rzeczypospolitej; na koncie zero scenariuszy pełnometrażowych filmów fabularnych oraz znany wszystkim Marcin Wolski; na koncie jeden scenariusz pełnometrażowego filmu fabularnego; na filmwebie jego streszczenie brzmi: Ceniony transplantolog pada ofiarą spisku swoich współpracowników, w wyniku którego jego mózg zostaje przeszczepiony świni. To chyba najlepsza recenzja filmu Smoleńsk.

Ale nie pisałbym o tym wszystkim, gdyby nie Hołdys. Wszak to żadna sztuka napisać, że gniot jest gniotem. Otóż kilka dni temu Hołdys zamieścił w sieci tekst, w którym nawołuje środowiska opozycyjne do większego zaangażowania i mniejszego zblazowania. Jego manifestem od razu zaczęła podniecać się gazeta.pl (Hołdys BEZBŁĘDNIE o walce KOD i opozycji z PiS!), a mnie szczególnie urzekł w nim jeden fragment, który pozwolę sobie zacytować:

Podczas spotkania z młodymi ludźmi KOD zachęcałem ich do stworzenia występu parateatralnego, który by całą Polskę rzucił na kolana. Jak kiedyś Kaczmarski czy Kleyff czy dzisiejszy ruch „Black Lives Matter” (Czarne Życie Ma Znaczenie). Jęknęli z podziwu (pokazałem im jak protestuje młodzież w USA) i… wymiękli. Nie oddzwonili, woleli stanąć obok Mateusza na manifestacji i pomachać chorągiewką. Tak wygląda ich praca od postaw. Włożyć nieco trudu, stworzyć wiersz, pieśń, pantomimę, zgrabne hasło, wybębnić je i zaśpiewać je tak, by wzbudzić podziw milionów innych młodych Polaków - to wszystsko okazało się za trudne. Instruktorów w ich otoczeniu zabrakło. A to jest właśnie praca u podstaw.

Muszę przyznać, że słowa te są szczególnie zabawne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że napisał je człowiek, który całkiem porządną karierę artysty porzucił z własnej woli w wieku... 34 lat. Potem samozatrudnił się na stanowisku jednoosobowego sumienia narodu polskiego. Dziś jest starym dziadem i ubolewa, że młodzi nie piszą ważnych pieśni i wierszy. Czy ktoś przypomni mu, że sam rzucił gitarą w kąt po trzydziestce? Tymczasem Antoni Krauze ma siedemdziesiąt sześć lat (o 12 więcej niż Hołdys) i z potrzeby serca przed chwilą zrobił swój ostatni film. Abstrahując od jego tragicznej wartości, jest to jednak godna szacunku postawa artysty. Zachowanie Hołdysa przypomina zaś cudowną scenę z serialu Alternatywy 4, kiedy to zmęczeni mieszkańcy z ogromnym wysiłkiem pchają zepsuty dźwig pana Kotka, a za nimi idzie wolnym krokiem cieć Anioł i wachlując się kapeluszem, woła: Szybciej! Szybciej! Bo nie załapie!

krauze

Igrzyska niekompetencji, czyli list do Włodzimierza Szaranowicza

zawiesina

Jestem w stanie zagwarantować dwie rzeczy: złoty medal naszej wspaniałej Anity Włodarczyk i co najmniej trzy krążki z tego samego kruszcu innych polskich sportowców. W innym przypadku jestem gotowy wrócić z Brazylii na piechotę.
(Włodzimierz Szaranowicz)

Panie Szaranowicz,

Odkąd zakończyły się brazylijskie igrzyska, ludzie sobie robią podśmiechujki z Pańskiej nieostrożnej wypowiedzi, którą uczyniłem mottem tego wpisu. Ja tam spaceru z Rio się od Pana domagać nie będę, choć na przyszłość lepiej nie ręczyć za coś, na co nie ma się wpływu. Miał Pan za to wpływ - jako szef sportu w Telewizji Polskiej - na to, jak ta impreza zostanie pokazana w polskich odbiornikach. Wobec tego lepiej było w lipcu złożyć raczej akt strzelisty w stylu: Jestem w stanie zagwarantować, że TVP po raz kolejny osiągnie Himalaje niekompetencji i braku profesjonalizmu w pokazywaniu wielkiego wydarzenia sportowego. W innym przypadku jestem gotowy wrócić z Brazylii na piechotę. Wtedy byłbyś Pan przynajmniej pewny swojego wygodnego powrotu z Rio do Polski.

Prawda jest taka, że telewizja jest przeżytkiem. Jednym z niewielu uzasadnień jej dalszego istnienia jest impreza pod tytułem Igrzyska Olimpijskie. Trudno byłoby sobie wyobrazić sens rozgrywania tak wielkich zawodów, gdyby przekaz nie płynął do setek milionów domów na całym świecie. Niestety, część z tych domów (konkretnie polska część) zaopatrywana jest w sygnał kulawy, czyli zapośredniczony przez Telewizję Polską.

Co konkretnie mam na myśli? A rzucę kilka przykładów. Rozpoczyna się drugi dzień sportowej rywalizacji. Na torze wioślarskim odbywają się eliminacje. Tymczasem w studiu TVP 2 siedzi prowadzący, rozmawia z emerytowaną zawodniczką, po czym zamiast przeniesienia się na arenę zawodniczą, zapowiada (uwaga! uwaga!)... fragment wywiadu z polskimi wioślarkami nagranego po ich medalowym wyścigu na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 roku. Dalej. Anita Włodarczyk przed chwilą zdobyła złoty medal. Panuje ogólny entuzjazm. Po wywiadzie z zawodniczką słyszymy z anteny, że to nie koniec startów polskich lekkoatletów, bo oto już za moment w eliminacjach pobiegnie nasz płotkarz. I tu transmisja się kończy. Widz myśli, że należy się przełączyć na TVP 1 lub TVP Sport. A tu figa, bo na jedynce leci Teleexpress, a na kanale sportowym (uwaga! uwaga!)... powtórka (przedwczorajszego!) konkursu rzutu dyskiem. Dalej. Widzimy finał kanadyjkarzy (bez udziału Polaków), w którym wygrywa Niemiec. Drugie miejsce zajmuje Brazylijczyk. O trzecie rywalizują Mołdawianin z Rosjaninem, którzy wpadają na metę równocześnie. Podniecony Dariusz Szpakowski krzyczy, że o brązowym medalu zadecyduje fotofinisz. Jednak nie jest nam dane poznać werdyktu, gdyż niemal od razu zostają wyemitowane reklamy. Dalej. Dużo dyskusji wywołał spór w ekipie polskich kolarek torowych. Do jednej z konkurencji wystawiona została juniorka kosztem bardziej utytułowanej koleżanki. Ta wylała swoje żale na fejsie i zrobił się kwas. Tymczasem start kolarek już za moment. W studiu siedzi redaktor prowadzący wraz z działaczem Polskiego Związku Kolarskiego i komentują tę nieprzyjemną sytuację, a także czysto sportowe aspekty rywalizacji (kto jest faworytką, jakie są szanse Polki itd.). Gadają tak przez co najmniej kwadrans, a gdy wreszcie wybija godzina startu naszej reprezentantki, TVP puszcza reklamy i film. Dalej. Mecz piłkarzy ręcznych pomiędzy Niemcami a Egiptem ma zadecydować o ewentualnym udziale naszych szczypiornistów w ćwierćfinale. Na TVP 2 właśnie kończy się relacja z innej sportowej areny, prowadzący w studiu mówi: Rzućmy jeszcze okiem na przebieg meczu [rzucamy okiem, jest 50. minuta]. Widzimy, że Niemcy prowadzą. To już koniec naszej transmisji w dwójce. Wszystkich zainteresowanych spotkaniem Niemców z Egiptem zapraszamy do jedynki. Do zobaczenia. Przełączamy na jedynkę, a tam istotnie nadają mecz ręcznych, ale (uwaga! uwaga!)... od trzydziestej minuty. Czarę goryczy przelało pokazywanie golfa (GOLFA!!!) przez bite dwie godziny, w czasie najlepszej oglądalności (około 20), na kanale otwartym (TVP 2).

Mało? Pewnie było tego więcej, ale nie siedziałem przyspawany do telewizora, zaś tydzień przed zakończeniem zawodów pojechałem na zagraniczne wakacje. Tak się złożyło, że śledziłem dalszą część IO w telewizji węgierskiej. I niech Pan sobie wyobrazi, że tam zawody kajakarzy pokazywano od początku do końca, bieg po biegu, bez żadnej przerwy na reklamy czy też studio. A czemu? Pewnie będzie to dla Pana szokiem (a może niewyobrażalnym dziwactwem), ale... tam nie ma żadnego studia. Tak! Węgrzy okazali na tyle świrniętym narodem, że podczas największej imprezy sportowej na świecie zajęli się pokazywaniem sportu, a nie gadających głów pod krawatami.

szaEA

W jednej chwili przypomniała mi się piękna historia Matthiasa Steinera z igrzysk w 2008 roku. Steiner to Austriak, który po Atenach pokłócił się ze swoją federacją i zmienił obywatelstwo na niemieckie. Przez trzy lata nie mógł występować w międzynarodowych zawodach. Szykuje się na olimpiadę w Pekinie, kiedy w wypadku samochodowym ginie jego żona. Mimo to Steiner nie rezygnuje ze startu. Po rwaniu jest dopiero czwarty i ma aż 8 kg straty do prowadzącego Ruska. Co gorsza, pali pierwszą próbę w podrzucie, lecz w drugiej zalicza rekord życiowy - 248 kg. Potem Rusek podnosi ćwierć tony i jest już niemal pewny złota. Wtedy Steiner stawia wszystko na jedną kartę - czeka, aż wszyscy wyprztykają się ze swoich prób i przy trzecim podejściu zakłada na sztangę 258 kilogramów (o 10 więcej niż nowo ustanowiony rekord życiowy). Koncentruje się i nadludzkim wysiłkiem podnosi ciężar. Po czym następuje eksplozja radości i wzruszenia, seria gestów pod adresem nieżyjącej ukochanej. Gotowa historia na łzawy hollywoodzki film. Nie trzeba jednak takiego kręcić, wystarczyło to obejrzeć w telewizji. Oczywiście w telewizji Eurosport. Dziś cisną mi się na usta dwa pytania. Raz. Czy gdybym nie miał wtedy Eurosportu i byłbym zdany na TVP, poznałbym historię Steinera? I dwa. Dziś, gdy Eurosport nie ma już praw do pokazywania igrzysk, i zdany jestem na TVP, ile podobnych pięknych historii z Rio mnie ominęło?

Tę straszliwą indolencję w pokazywaniu igrzysk przez TVP zrozumieć tym trudniej, że przecież telewizja dostaje gotowy przekaz. Nie szyje go sama od zera jak Polsat na imprezach siatkarskich. Stacja Solorza wypracowała niewyobrażalny dla innych poziom pokazywania tego sportu w telewizji. Do tego stopnia, że gdy zdarzają się zawody w jakimś innym kraju, nawet mającym wyniki w siatkówce (Włochy, Rosja, Brazylia), widzowie zastanawiają się jak można tak beznadziejnie to pokazywać. Zaś TVP musiała ograniczyć się do umiejętnego przeskakiwania z lekkoatletycznego stadionu, na wioślarski tor, a stamtąd na zapaśniczą matę. Nie potrafiła sprostać nawet temu.

Kopaniem leżącego byłoby czepianie się polskich sprawozdawców, którzy (z paroma szlachetnymi wyjątkami) tradycyjnie niekompetencje merytoryczne i językowe starali się przykrywać decybelami (czytaj: piłowaniem ryja). Zupełnie jak w klasycznym rysunku Raczkowskiego. Pan też dołożył do tego swój kamyczek, komentując finałowy bieg na 100 metrów mężczyzn. Przez chwilę zastanawiałem się czy naprawdę przegapiłem moment, w którym Usain Bolt otrzymał polskie obywatelstwo.

Problem tkwi w tym, że Pański pierwszy dzień na stanowisku szefa sportu w TVP powinien być jednocześnie ostatnim w kabinie komentatorskiej. Nie da się dobrze zarządzać pracą zespołu, będąc po drugiej stronie globu, na stadionie lekkoatletycznym. Jeżdżąc na każde igrzyska od ponad 30 lat, nie mógł Pan zdawać sobie sprawy, że tu w Polsce miliony ludzi klną na to dziadostwo w telewizorze. Pana to po prostu nie dotyczyło - nie oglądał Pan igrzysk z pozycji zwykłego telewidza, który powinien być przecież dla szefa redakcji sportowej najważniejszy.

Ale to tylko pół prawdy. Drugie pół jest takie, że równie źle pokazywanie sportu w TVP wyglądało za Pańskiego poprzednika i równie źle będzie wyglądało za Pańskiego następcy (ktokolwiek nim będzie). Może na Woronicza jest jakaś żyła wodna? Słowem, przyszedł PiS i zrobił tzw. dobrą zmianę wszędzie: od spółek skarbu państwa, przez stadniny koni, po ochotnicze hufce pracy. Ale tego betonowego badziewia, jakim jest sport w Telewizji Polskiej, nie udało mu się ruszyć. Ale Pan zrozumie to dopiero za dwa lata, kiedy na zasłużonej emeryturze zasiądzie Pan w fotelu, by obejrzeć zimowe igrzyska w Pjongczangu. Włączy Pan telewizor, przyjrzy się przez chwilę i powie: Jasna cholera, jak tak można? Ale wtedy nie będzie Pan mógł już nic zrobić.

Adeus, Portugal!

zawiesina

I tak jesteśmy najlepsi.
(Cristiano Ronaldo po remisie z Polską)

Reprezentacja Portugalii to jest takie zjawisko w piłce nożnej, z którym nie umiem sobie poradzić.

W roku 2000 byli rewelacją, której nie wypadało nie kibicować. Szli jak burza i o mały włos puknęliby Francję w półfinale, gdyby nie karny po zagraniu ręką Abel Xaviera w dogrywce. To właśnie w trakcie tego meczu, jako dwunastolatek, wyrobiłem sobie (zupełnie oczywisty dla każdego fana piłki) odruch kibicowania słabszym. I wtedy też przyszło naturalnie pierwsze rozczarowanie.

Rok 2002 to traumatyczna porażka Polski z Pedro Pauletą. I ktokolwiek by wtedy Polski nie zmiażdżył - czy byłaby to Portugalia, Rumunia czy Burkina Faso - rywale nie mieli znaczenia. Skupialiśmy się raczej na tej tragicznej zbieraninie Engela. I to do niej, nie do Portugalczyków, kierowaliśmy wszystkie złe emocje. Jak można było przegrać cztery zejro, pytał w piosence pewien śpiewak. I miał rację, jeśli przypomnimy sobie, że Portugalczycy sami sobie na tym mundialu wrzucali piłkę do bramki.

W roku 2004 wobec żadnej drużyny nie żywiłem złych emocji, bo cała para szła w kibicowanie Czechom. Mieli cudowną drużynę, którą oglądać można było godzinami. Ich nieszczęsny półfinał z Grecją był najgłośniej krzyczącą niesprawiedliwością w futbolu dwudziestego pierwszego wieku. Po tym rozczarowaniu finał pomiędzy Grecją a Portugalią miałem centralnie w rzyci i obejrzałem go wyzuty z emocji.

I nagle od mistrzostw świata roku 2006 nie wiedzieć czemu reprezentacja Portugalii stała się dla mnie etatowym czarnym ludem każdego turnieju. Może miał na to wpływ ich rzeźnicki mecz z Holandią, okraszony rekordową liczbą żółtych i czerwonych kartek. Raptem ta drużyna (w pewnym stopniu wciąż złożona z weteranów z 2000 r.) wydała mi się konglomeratem boiskowych chamów i cwaniaków, którym sprzyjać nie wolno, niezależnie od rywala. Stąd moje ryzykowne zachowanie podczas oglądania meczu o trzecie miejsce. Starcie ekipy Scolariego z Niemcami oglądaliśmy w jakiejś świetlicy nad jeziorem. Przyjąłem kilka piw i jako jedyny spośród kilkudziesięcioosobowej widowni afiszowałem się z entuzjazmem po każdej strzelonej przez Niemców bramce. Kolega uspokajał mnie w obawie o nasze zdrowie. Sprzyjanie Niemcom było wówczas (i chyba tak zostało) dosyć ekstrawaganckie.

Żaden z następnych turniejów (2008, 2010, 2012) nie zmienił mojego nastawienia do ekipy z zachodnich kresów Europy. Łatwo się domyślić, że ich klęska na brazylijskim mundialu przed dwoma laty była dla mnie miłą (choć absolutnie spodziewaną) okolicznością. Obejrzeliśmy wtedy drużynę do cna zdemoralizowaną, targaną wewnętrznymi konfliktami i zwyczajnie trudną do oglądania.

I oto przyszło długo wyczekiwane Euro we Francji. Na fali wzmożenia wynikami naszej kadry (byłem nawet na dwóch meczach eliminacyjnych; do tej pory największe piłkarskie wydarzenie, które oglądałem z trybun, to był mecz Motoru Lublin ze Stalą Stalowa Wola) uznałem, że trzeba odrzucić precz złe emocje. Kibicować Polsce, a resztę drużyn oglądać z pozycji futbolowego konesera, dla którego liczy się głównie piękno tej gry. Swój otwarty umysł powierzyłem nawet reprezentacji Portugalii. I co? I wytrzymałem kilkanaście minut.

Jak włączyłem ich mecz z Islandią, to zobaczyłem, że:

1) Po pięciu (!) minutach Ronaldo próbuje wymusić wolnego pod polem karnym. Gwiazdor Realu przewrócił się, mimo że obrońca nawet go nie dotknął, a wręcz był od niego oddalony o dobre pół metra.
2) Ricardo Carvalho podaje do kolegi na skrzydło, ale nie odmawia sobie tej przyjemności, by kopnąć przy tym rywala.
3) Przeciwnika brutalnie kopie również Pepe.
4) Ronaldo nie przyjmuje zwyczajowego gestu przeprosin od Islandczyka po faulu.

I jeśli dodać do tego pogardliwe komentarze CR7 po meczu, to naprawdę wobec reprezentacji Portugalii trudno wykrzesać sympatię. Po krótkim okresie dobrej woli niechęć wróciła ze zdwojoną siłą. Nie mam już żadnych wątpliwości, że Portugalia to boiskowe wsiury, których należy golić z całą bezwzględnością. Dlatego czwartkowy ćwierćfinał będzie dla mnie meczem szczególnym. W przypadku powodzenia - podwójna radość, w przypadku porażki - podwójny kac. Podoba mi się taki futbolowy świat, w którym Portugalczycy nigdy nie wygrali żadnego turnieju. Po co to zmieniać? Proszę zatem reprezentację Polski o solidne wciry dla czwartkowych rywali. Rany, przecież oni nawet jeszcze nie wygrali meczu na tym turnieju! Oby już tak zostało.

032616_SOCCER_Cristiano_Ronaldo_PI_JW.vadapt.664.high.47

Pire z dżemem XXX

zawiesina

Tytuł tego jubileuszowego wydania Pire z dżemem sugerowałby, że powinienem napisać coś o pewnej bardzo (ekhm!) prężnej gałęzi przemysłu filmowego. Nic z tego. Będę hołdował zasadzie sformułowanej przed laty przez Magdalenę Środę: Religia jak seks - sprawą prywatną. Różni nas jednak rozumienie słów sprawa prywatna. Bo pani profesór o seksie i religii mówi i pisze właściwie bez przerwy.

*

Portal gazeta.pl śrubuje kolejne rekordy. Dwa kłamstwa w jednym czternastowyrazowym zdaniu. Kto da więcej?

Swoją drogą, cóż za finezyjnie zbudowane zdanie.

*

W sobotę był Światowy Dzień Książki, obchodzony również w Polsce - kraju, w którym literatura podłączona jest do kroplówki. Gdzie każda telewizyjna łamaga musi mieć swoją biografię, najlepiej auto. Gdzie w metrze wisi wielka reklama książki Pauliny Młynarskiej (tak, Pauliny Młynarskiej) wydanej przez Prószyński i S-ka (tak, Prószyński i S-ka). Gdzie w największym książkowym sklepie w stolicy, na półce z literaturą polską pod literą I jest jedna cieniutka książka Iwaszkiewicza i sześć książek Ingi Iwasiów. I gdzie na półce z biografiami stoją trzy (!) różne książki, których bohaterem / autorem / współautorem jest Maciej Stuhr. Czekam chwili aż swoje dzienniki wyda Franciszek Smuda.

*

Niewątpliwą korzyścią z przebywania na zwolnieniu lekarskim jest możliwość zrobienia sobie maratonu starych filmów Władysława Pasikowskiego (Demony wojny wg Goi, Reich, Słodko gorzki, Psy II: Ostatnia krew). Nie jest to może korzyść, która wynagradzałaby te utracone 20% poborów, ale gorączkę zawsze umili. Moja gorączka nie była jednak na tyle duża, bym nie zauważył, że filmy Pasikowskiego są tragicznie - do bólu schematyczne, z dialogami pisanymi z założeniem Napiszmy zajebiste dialogi, które będzie się cytować latami i z postsynchronami tak bijącymi po oczach i uszach, że bardzo zdolni aktorzy wydają się najgorszym drewnem (Baka w Reichu). A mimo to chce się te filmy oglądać, potrafią sprawiać prawdziwą przyjemność. To guilty pleasure w najlepszym wydaniu. No i jeszcze ścieżka dźwiękowa przypomina takie kawałki!

*

Nieodmiennie zadziwia mnie poczucie estetyki i higieny u osób, które własnymi rękami piszą BRUDAS na zakurzonych samochodach.

brudas

PS. To nie mój.

*

No więc nadszedł ten moment w życiu, że trzeba będzie kupić trochę mebli. Sklepów z meblami jest dużo. Po wstępnym rekonesansie stwiedziliśmy, że najbardziej znany polski producent robi meble, które spodobają nam się za czterdzieści lat. Zaś inny producent sam wyłączył się z rywalizacji o moją uwagę. Otóż u nasz w biurze leci sobie Radio Zet. I oto codziennie jestem zmuszony słyszeć, że sponsorem jakże wysmakowanego bloczku pt. Nosel kręci jest Fabryka Mebli Bodzio. Może się Pan spodziewać, Panie Bodzio, że ode mnie ani złotóweczki Pan nie powącha.

Tu wyrok, tam sprawiedliwość

zawiesina

Szczyt niesprawiedliwości to uchodzić za sprawiedliwego, nie będąc nim.
(Platon)

Lubię filmowe baśnie. Zarówno te dla całkiem dorosłych (Labirynt fauna albo Mary i Max), jak i te dla małych, naiwnych dzieci. W tej drugiej grupie mieści się opus magnum Sidneya Lumeta - Dwunastu gniewnych ludzi.

Taaak. Jak rozkosznie jest rozmarzyć się o pięknym świecie, w którym co prawda raz na pewien czas jakiś zwyrodnialec kogoś zabije, ale światły amerykański wymiar sprawiedliwości na pewno dopadnie sprawcę i nie dopuści, by ukarany został Bogu ducha winny człowiek. Lumet swoją kameralną opowieścią wyznaczył standardy, dzięki którym to nie strzelaniny są najbardziej emocjonującymi kawałkami filmowego rzemiosła. Dramaty sądowe to jest to. Oprócz westernów nie ma chyba gatunku tak bardzo scalonego z amerykańskością. Gatunku, który tak bardzo nie sprawdzałby się gdzie indziej. Jeśli jakiś wybitny hollywoodzki aktor nie ma w swym dorobku ani jednej roli charyzmatycznego obrońcy albo prokuratora, to najwyraźniej nie wszystkiego w swojej karierze dopilnował.

Te filmy pokazują, że USA są prawdziwą ojczyzną wolności. Te filmy niosą nadzieję dla zwykłych ludzi, bo udowadniają, że są oni równie ważni, co wpływowi bogacze. Te filmy są celuloidowym pomnikiem wzniesionym na cześć Temidy. Te filmy to wielki kawał gówna.

Czemu? Bo poza swoją funkcją rozrywkową, którą spełniają zazwyczaj w sposób bardzo zadowalający, sankcjonują przekonanie o wielkiej wartości systemu sprawiedliwości, który wypracowali sobie za oceanem. Zrodził się we mnie szalony wielbiciel teorii spiskowych: uważam, że facet, który przed laty wymyślił ławę przysięgłych, przewidział w swoim niezbadanym umyśle nierychłe wynalezienie kinematografu, dzięki czemu w dwudziestym stuleciu jego potomkowie zbijali kokosy na filmowych opowieściach o gościach co chwila krzyczących Objection!

Obejrzałem właście serial American Crime Story: The People v. O.J. Simpson. Wcześniej o procesie byłego futbolisty wiedziałem to, co wszyscy: facet brutalnie zaciukał dwoje ludzi, ale uniewinnili go ze względu na kolor skóry. Takie streszczenie byłoby jednak wielką niesprawiedliwością dla twórców serialu. Z godną podziwu pieczołowitością odtworzyli oni każdy detal procesu toczącego się dwadzieścia lat temu. O doborze aktorów nawet nie wspominam, bo za to należy się im ustanowienie jakieś oddzielnej nagrody.

Tu chodzi o co innego. Ten serial to wielki akt oskarżenia przeciw systemowi, w którym sędzia jest jedynie moderatorem, bez względu na dowody największe szanse ma ten, który ma gadane, zaś o winie decyduje zbieranina przypadkowych, mniej lub bardziej rozgarniętych osobników, dla których o wiele donioślejszą decyzją jest wybór sitcomu, który chcą obejrzeć wieczorem w telewizji.

Tak więc na jednej szali jest Dwunastu gniewnych ludzi, a na drugiej proces Simpsona. A gdzie jest prawda? To akurat proste pytanie, na które każdy powinien bez trudu odpowiedzieć, a następnie krzyknąć Objection!

© Zawiesina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci