Menu

Zawiesina

każdy może, prawda, krytykować...

6 lat później

zawiesina
Czasem zupełnie prosty egzamin
A nie da rady jego zdać
(Kult - Artyści niezależni)

Opowiem wam moją historię. Nic wielkiego, ale może ktoś jakąś mądrość z niej wyciągnie. Wczoraj osiągnąłem sukces. Zdałem egzamin na prawo jazdy. Niby to samo mogą o sobie powiedzieć dziesiątki osób codziennie w całej Polsce. Ale ja woziłem się z tym już od sześciu lat i by dopiąć swego musiałem - uwaga! patos! - pokonać siebie. Teraz jestem z siebie tak dumny (a nawet nadęty), że musiałem to spisać.

Na kurs zapisałem się zaraz po maturze. Bo wszyscy tak robili. Nie odczuwałem absolutnie żadnej potrzeby uzyskiwania prawa jazdy. W domu dobrodusznie sfinansowali (co oczywiście wiązało się z oczekiwaniami i presją), to nawet do głowy mi nie przyszło okoniem stawać. Myślałem - ok, zrobię to prawo jazdy, pewnie kiedyś się przyda. Na swoją szkołę wybrałem ośrodek znany wówczas w moim mieście z tego, że swoim kursantom dawał możliwość pojeżdżenia przez dwie godziny audi TT. Ale w moim przypadku czynnikiem decydującym była bliskość domu. Poziom instruktorów był - mówiąc oględnie - dyskusyjny, co wyszło na późniejszych egzaminach. A było ich pięć. Każdy (może z wyjątkiem pierwszego) obarczony był ogromnym stresem. Każdy kończył się dramatycznym niepowodzeniem.

Stwierdziłem, że zupełnie się do tego nie nadaję i rzucam to w cholerę. Przez następnych pięć temat prawa jazdy wywoływał u mnie agresję, którą umiejętnie tłumiłem. Owszem, znosiłem podśmiechujki znajomych pod moim adresem, ale kiedy ktoś na poważnie radził mi lub namawiał, bym do sprawy powrócił, zaciskałem zęby, milczałem i zmieniałem temat. Niepowodzenia w WORDzie tak mnie dobiły, że na widok eLek odwracałem wzrok, przełączałem TV na inny kanał, gdy tylko wspominali coś o prawie jazdy. Siedzibę WORD w moim mieście utrwaliłem w swojej pamięci jako zatęchłą jaskinię groźnego lwa, do której nie mam zamiaru więcej zaglądać (całe szczęście nie mieści się w centrum). Wmawiałem sobie nawet, że jeśli stanę kiedyś przed koniecznością uzyskania uprawnień do kierowania, prędzej pojadę w tym celu na Ukrainę. Kiedy rozmowy towarzyskie toczyły się wokół słów A ty za którym razem zdałaś prawko?, siłą rzeczy byłem z nich wykluczony. Milczałem cierpliwie i czekałem aż ktoś skieruje je na inne tory.


Autor: Sławomir Shuty

Mijały lata, namowy znajomych traciły na intensywności, a tym samym słabł też mój radykalizm. Kilka razy byłem nawet bliski zapisania się na kurs, kiedy ktoś wyskakiwał z tekstem Zrób wreszcie to prawo jazdy. I wtedy od nowa wszystkiego mi się odechciewało. W myślach kazałem się wszystkim wypychać. Ale nadszedł moment, kiedy sam poczułem, że nadszedł ten czas. Że jestem gotowy. Nie była to łatwa decyzja, ale dłużej nie było sensu czekać. Poszedłem i zapisałem się na kurs. Minął szybko. Egzaminy teoretyczny i praktyczny zdałem za pierwszym podejściem. Od pierwszego wykładu do zdanego egzaminu praktycznego nie minęły nawet trzy miesiące. Dziś się cieszę.

Wiem, że blog czytają osoby, które mają to jeszcze przed sobą. Dla nich teraz kilka słów w formie rad.

Nic na siłę. Jeśli nie chcesz robić prawa jazdy, to nie rób. Nie ulegaj namowom, nie działaj wbrew sobie. Przystąp do dzieła wówczas, kiedy sam(a) poczujesz, że tego chcesz i potrzebujesz.

Zrób risercz. Nie wybieraj ośrodka nauki jazdy pochopnie. Poczytaj opinie, zapoznaj się ze statystykami zdawalności. Ja teraz tak zrobiłem. Ludzie, którzy uczyli mnie przepisów i jazdy, okazali się profesjonalistami w każdym calu. Dzięki temu czułem się pewnie na egzaminie.

Naucz się. Testy są jak klasówka w szkole. Zaliczysz, jeśli się nauczysz. Kiedy czekałem na egzamin, jakaś dziewczyna żaliła się rodzicom, że miała na teście pytanie o to, czy prawo jazdy kategorii B uprawnia do kierowania czterokołowcem lekkim. I skąd ja mam niby to wiedzieć?! - krzyczała zbulwersowana. Tymczasem ta informacja jest na pierwszej stronie pierwszego rozdziału podręcznika, który dostałem w swoim ośrodku.

Nie denerwuj się. A przynajmniej zrób wszystko, by nerwy zneutralizować. Mnie pomogła sympatyczna wizyta u dawno niewidzianych krewnych dzień przed egzaminem, melisa z dwóch torebek na dwie godziny przed jazdą, ulubiona muzyka w słuchawkach w drodze do WORDu (mnie najbardziej koją mocne riffy - stąd sięgnąłem po wybitną płytę Porozumienie Ponad Podziałami grupy Kazik Na Żywo). Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej udało mi się uzyskać taką koncentrację. W trakcie egzaminu nie zaprzątałem sobie głowy absolutnie niczym - domem, pracą, upałem, tym ile kosztuje ewentualna poprawka ani tym, że mogę siebie i innych zawieść. Myślałem tylko o każdym następnym ruchu, skupiałem się tylko na słowach egzaminatora i sytuacji na drodze. Ani się spostrzegłem, egzamin szczęśliwie dobiegł końca.

Czego i Państwu życzę.

Na koniec seria podziękowań (choć pewnie nie wszyscy przeczytają). Dziękuję tym, którzy mnie nauczyli - Kasi i Łukaszowi. Tym, którzy mnie mobilizowali - Kasi i rodzicom. Tym, którzy przez lata w elegancki sposób sobie ze mnie dworowali - Wojciechowi i dwóm Michałom. Tym, którzy w ostatnich tygodniach wykazywali życzliwe zainteresowanie sprawą i życzyli wszystkiego dobrego - Ani, Oli, Oli, Joanie, Magdzie, Agnieszce, Magdzie, Natalii z Tomaszem, Łukaszowi, panu Markowi i panu Rysiowi. Dziękuję również Kazikowi Staszewskiemu za to, że przed laty wyrapował Prawo jazdy - jedną z najbardziej śmieszno-straszno-prawdziwych piosenek w swoim repertuarze (oraz Adamowi Bielakowi za to, że napisał do niej słowa).

Szerokiej drogi.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • Gość: [amk] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Jesteś drugim moim kolegą, który w ostatnim czasie się zmobilizował, i prawko zrobił. Gratuluje! Chyba czas pójść w Wasze ślady :)

© Zawiesina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci